
Będąc jeszcze na studiach pojechałam na wakacje do koleżanki do Orzysza. Jeździłyśmy na działkę do jej rodziców, snułyśmy się po okolicy i robiłyśmy sobie zdjęcia topless w mazurskiej scenerii. Razu pewnego spotkałyśmy jej znajomych z ogólniaka. Takich amatorów i koneserów okolicy. Zabrali nas na wycieczkę samochodową po najpiękniejszych zakątkach. Pamiętam jakieś leżenie na masce samochodu i oglądanie gwiazd i kemping, gdzie jak wjechaliśmy poczułam się jak na Ibizie. Noc, ognisko, muzyka i tłumy ludzi w kostiumach kąpielowych. Parę lat później próbowałam tam trafić z moim ex, ale mi się nie udało.
Jak zapewne się domyślacie udało mi się to teraz! 🙂
Miejsce przypomniało mi się, gdy sąsiadka rysowała mapę dojazdu. „Musisz wjechać w las, potem jechać płytami, jest trochę dziko, ale na zakupy będziemy jeździć na rynek do Orzysza”. Orzysza? Przecież ja tam już byłam! I powiem Wam, że miasto się nie zmieniło od mojej ostatniej tam wizyty. Na każdym kroku znać, że to mekka wojskowości. Mundurowi jeżdżą na skuterach, mundurowi robią zakupy, a najwięcej sklepów to mięsne (armia lubi jeść treściwie). Jest ład i porządek, więc po spożywcze suplementy wpadałam tam prawie codziennie. Pogoda była dobra. Taka:

I taka:

W wariancie pierwszym leżeliśmy na plaży i ściągaliśmy na chwilę na obiad. Domki w których mieszkaliśmy były wyposażane w kuchnie, więc po raz pierwszy na urlopie postawiłam na samo-kuchnie. I był to dobry pomysł, bo dzień w dzień można było liczyć, że dziewczyny (i chłopak) te kotleciki z ogórkami i np. fasolką zjedzą.


W wariancie drugim jechaliśmy w okolicę. Do Giżycka, do Kadzidłowa (wiem, znowu) czy Mikołajek.


W kwestii gofrów to dodam, że wg mnie tegorocznym hitem były gofry na patyku, a jeśli chodzi o lody to lody o smaku pianek. Najlepsze budki z tymi dziecięcymi obsesjami były w Giżycku.

Ośrodek w którym mieszkaliśmy był ośrodkiem akademickim. Domki typu Wrda i Brda, które trzymają się dzięki plastikowej boazerii i niezniszczalnym wykładzinom w kolorze brąz. Była też niegdyś biała pościel ze pieczątkami wiązana na troczki z super śliskim wypełnieniem, które w nocy zwijało się w jeden kraniec poszwy… Aaaale, darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, więc by to wyrównać dodam, że dzieciakom nic więcej do szczęścia nie trzeba było, bojler grzał do czerwoności, więc ciepłej wody nie brakowało, a na dodatek osoba opiekująca się domkami codziennie wieczorem włączała centralne ogrzewanie (!), więc wszelka wilgoć i chłód były wywiewane. Za płotem była hodowla saren i jeleni, które specjalnie zebranymi przez dziewczyny kwiatowymi bukietami, były karmione przez nas 2xdziennie 😉 Towarzystwo po sąsiedzku było naukowe, intelektualne i kulturalne. Nie było klnięcia, facetów z ciążą spożywczą i bekania na przystani. Wyjęłam więc moje książki z biblioteki oprawione w folie i oznaczone wyraźnym numerem księgozbioru i chyba pasowałam 🙂


Warto wspomnieć też o dwóch wydarzeniach. Pierwsze to samochodziki, czyli nowa obsesja Mieszka. Włączyło mu się to, niewiadomi skąd, z półtora miesiąca temu i stale narasta. Diabli twierdzi, że mamy szansę zrobić z niego Kubicę o wyglądzie Bechama, ale to się jeszcze zobaczy. Na razie siada przy straganach z samochodzikami i robi brum-brum. Wsiada do każdego auta i kłóci się z obcymi chłopcami o ICH samochody. I chce. CHCE by mu je kupować. Ten pierwszy, kupiony po awanturze (!!!) typu: Kupię Ci JEDEN, ale już chodź, pochodzi z Mikołajek ;))


Drugie spotkało nas gdy pojechałyśmy z sąsiadką do Giżycka do Lidla (bo tydzień grecki). Zapakowałyśmy dzieci do auta (nasze siedmioosobowe cudo doskonale nas przemieszczało) i ruszyłyśmy. Ona jest niezła brunetka, ja jak wiecie blonda. Zaparkowałyśmy pod sklepem i zaczynamy wypakowywać dzieci. A tu jakaś głośna muzyka z radia, gwizdy… Rozglądamy się i odkrywamy, że Giżycki Lidl graniczy z zakładem karnym! Nie macie pojęcia co tam się działo… Strażnik w budce wartowniczej odwrócił się do nas plecami by patrzeć co oni robią. Żeby było lepiej zadzwonił akurat Diabli i pyta się: Co tam się dzieje???? Więc mówię nic. Bo nic! Jakbym była z koleżanką (tą z Orzysza) i byłybyśmy z 10 lat młodsze, to może pokazałybyśmy chłopakom staniki, żeby i oni w ten słoneczny dzień coś od życia mieli, ale teraz to nie działo się NIC. Poszłyśmy po prostu zrobić zakupy 🙂

Z grubsza tyle. Ostatni weekend spędziliśmy jeszcze na rodzinnym zlocie. Było dobre jedzenie w fajnych knajpach, rejs kanałem Ostródzko-Elbląskim, dużo nocnych rozmów, gra w kometkę i masa wspomnień.




No i jeszcze powrót. Diabli jak to człowiek, który wyrwał się z pracy na jeden dzień chciał zwiedzić cały świat. Jedźmy do Malborka! Albo lepiej nad morze! Do Fromborka. Popłyniemy promem do Krynicy, na Mierzeję! Albo nawet na Hel! A może Kaliningrad, bo to przecież obok???!! Stanęło na Fromborku i duże oklaski dla tego miasta. Z całej masy tych, które odwiedziłam tego lata, Frombork jest najprzyjemniejszy. Podobało mi się i to sprzedawanie ryb z kutrów w porcie, i katedra, którą rozsławił Kopernik i poniemieckie budynki porozrzucane po okolicy. Akurat były koncerty organowe, na które wchodzili poprzebierani w stroje z epoki… Btw. chcieliśmy się podłączyć, ale się nie udało 😉



Na stropie wieży wisi wahadło Foucaulta, które udowadnia, że ziemia krąży. Sfotografowaliśmy i je w konfiguracjach wielu. Bo krąży…. Jak zresztą i my i całe nasze życie 😉

