Ja nie świętuję :), ale notka na dziś będzie biuściasta!
Miałam jako nastolatka książeczkę „O dziewczętach, dla dziewcząt”, która choć mocno nieaktualna, była niemalże moją Biblią. Był rozdział o tym, żeby samemu sobie robić przepierki bielizny (zapierać zachlapanej bluzki do dziś nie potrafię), był chapter o szanowaniu siebie i dużo o zdrowym stylu życia. Było na przykład napisane, żeby myć biust zimną wodą. Codziennie. I robiłam to. Bardzo długo, za co DO DZIŚ się podziwiam.
A ponieważ fora około fitnesowe, roją się od porad ja dbać o biust, trafiłam na tę poradę znowu. No i myję. Rano, zimnym prysznicem. Pochylona nad wanną… Od dwóch dni, zabijając wzrokiem gumową kaczuszkę, która nie ma zielonego pojęcia, jakie to trudne takie zamrażanie 🙂 Nie jest to stare doświaczenie. Pamiętam, że z Łucją i z Lilą byłam przygotowana na nawał pokarmu po porodzie. Miałam więc w zamrażarce rozbite trzonkiem noża liście kapusty i przykładałam je sobie do biustu. I pomagało, aczkolwiek łatwe to nie było…
Poza tym dzwoniłam do Diabla, dziewczyny u niego w pracy nie świętują, więc uspokojona zabieram się za robienie zupy. Może dziś szczawiową?
