Z morskiej piany…

Jak byliśmy mali Krzycho czytał nam mity greckie. Po latach zresztą dopiero obczaiłam, że czarna książeczka którą trzymał to była mitologia. Chyba nam się podobało, bo na ogół czytał właśnie ją. Słuchaliśmy o nieznośnych Bogach, którzy mają wady gorsze niż ludzie, o trzygłowych psach, cyklopach, tytanach i potworach z wężami na głowie.

Jak odkupywałam audiobooka do biblioteki, to wzięłam też kilka innych dla nas. W tym Najpiękniejsze Mity Greckie czytane przez Fronczewskiego. Są super (tu jak klikniecie pod obrazkiem posłuchacie jednego!) . Zdystansowały wszystkie inne słuchanki, i co ważne, nie nużą też mnie. Dziewczyny zadają mnóstwo pytań, ale te intrygi, ludzkość i waśnie bogiń o to np. która najpiękniejsza, im się podobają.

Przy okazji wyszło, że najpiękniejsza z bogiń – Afrodyta, urodziła się z morskiej piany,  a jako, że Lilka ma ksywę Morska Pianka to pyszni się i triumfuje :))) Kiedyś o tym przecież wiedziałam! Jak patrzyłam na obraz Boticcellego: Narodziny Wenus (czyli rzymskiej Afrodyty), to jakby nie było wyłaniała się ona z wielkiej muszli spienionego morza!

….I przyszło mi do głowy, że jadąc do Florencji trzeba zabrać nie przewodnik, a właśnie mity greckie. Wtedy łatwiej zrozumiemy dlaczego posąg Dafne zamienia się w drzewo laurowe, z kim kumplował się uskrzydlony butami Hermes, i o co chodziło z tą córką Demeter…