Nie ma co się łudzić, że będę chodziła na siłownię. Kiedy kończy się moja zmiana (shift) opieki nad dziećmi i Diabli wraca do domu, nie mam już siły na nic. Ani na saunę z siłownią, ani na aerobic w domu kultury, ani nawet na bieganie. Schudnąć nie muszę, aerobowe ćwiczenia kondycyjne też uważam za zbędne, bo w dzień się nabiegam wystarczająco, a jedyne co mi naprawdę przeszkadza to to ten worek na miejscu brzucha. Były czasy (przeddzieciowe) gdy miałam w tym miejscu kaloryfer… Nie jest mi specjalnie potrzebny, ale miło było by nie tylko założyć wąską koszulkę, ale też móc spojrzeć na siebie na późniejszych zdjęciach. Ambitny plan mam zresztą taki, żeby Wam wkleić before&after za 14 dni!
Ostatni raz jak robiłam czterdziestkę ćwiczeń na brzuch, byłam półtora roku po Lili. Zrobiłam jakieś 14 dni i efekt uznałam za zadowalający. Dziś rano jak wstałam bolało mnie każde mięśniowe włókno na brzuchu. Diabli twierdzi, że to dobrze. Boli znaczy mięśnie pękają. Dwie serie zrobiłam na RATY. Muszę znaleźć jeszcze pajączka na plecy – garbata i z brzuchem brzmi słabo. Może tym razem ta irytująca piszczałka na plecach mnie naprostuje!
<><><>
- A wiesz mamo, że ja już wiem kto będzie moim mężem?
- Kto Łuczku?
- Bartek.
- A dlaczego?
- Bo go kocham!
- Lila!!! A Ty wiesz, kto będzie Twoim mężęm??
- Miłosz.
- A dlaczego Miłosz?
- Bo ma piękne imię! To prawie jak miłość… 🙂

