Miałam kiedyś nauczycielkę hiszpańskiego o imieniu Carmen. Miała ciemne, mocno kręcone włosy, nosiła ciuchy z india-shopu i miała straszny bałagan w podręcznikach. Zanim trafiła jako pedagog języka Cervantesa do Europy, parę lat uczyła w krajach arabskich (Maroku i Algierze?). Niezapomnianą pamiątką stamtąd były dwie córki, które powstały przy udziale różnych, całkowicie nie obecnych później w jej życiu, mężczyzn. Dziewczynki były super dojrzałe. Miały 5-7 lat i potrafiły same sobie zrobić jajecznicę, usmażyć naleśniki, wykąpać i ubrać się. Podejrzewam, że ich mamie zdarzały się wieczorne wypady na salsę, a one potrafiły się same położyć spać (bo na codzień tak sobie radziły).
Jak czekaliśmy na nią przed zajęciami (bo zawsze się spóźniała) gadaliśmy tak o wszystkim i o niczym. Większość osób była tak jak ja na końcu studiów, ale były też inne przypadki. Była np. też taka atrakcyjna babka, mama dwójki dużych nastolatków (16, 17), która nie pracowała. Pracował mąż, a ona organizowała sobie dopołudniowy czas chodząc na różne kursy. I cały czas jechała po tej Carmen. Jak ktoś taki wogóle mógł zostać matką??!!? Ponieważ jestem z natury konformistą, potakiwałam, ale myślałam sobie w głowie, że córki Carmen doskonale dostosowały się do sytuacji i one na pewno nie czują się źle. Nawet raz mi się wyrwało, że chyba one po prostu myślą za nią. Plus dodałam: Czy Twój syn robi sobie jajecznicę? I usłyszałam, że nie musi, bo przecież ona mu zrobi.
Z dzisiejszą wiedzą o dzieciach dodałabym jeszcze, chociaż pewnie też w głowie, że nie ma substancji bardziej plastycznej niż dziecko i że nie ma nic prostszego niż krytykowanie innych rodziców. Powtórzę coś co tłukę regularnie: to jaki będzie efekt naszych czynów i która metody była lepsze ocenimy za wiele, wiele lat. A może dopiero jak sami zostaną rodzicami, a my na wnukach zobaczymy jak je wychowują.
