Wpadnijcie do nas… po zupie

Gmina zrobiła nam betonową pustynię. Jesienią zryli ulicę i zaczęli przerabiać. Parę tygodni temu skończyli robotę i przenieśli się na równoległą. Od początku do końca, od krawężnika do płotów mamy teraz czystą i równiutką kostkę. Szeroką ulicę i oddzielony chodnik. Jest starannie i sterylnie.

Jak idziemy na spacery odbijamy więc w pierwszą gliniastą. Tam gdzie można przeglądać się w wielkich kałużach, drewniane płoty pokrywa mech, a na wertepach wózek przestaje skrzypieć i błyskawicznie (co niektórych) usypia. A jak pójdziemy dalej dochodzimy do stepów z krwawnikami i szumiącego po deszczu cieku. Trzeba korzystać zanim wszystko zacznie pylić i przyroda skaże mnie jak co roku na siedzenie w domu!

Z cyklu: moje dzieciństwo w błocie 😉 Widać z jaką fantazją Miecho porzuca kalosze…

I piaskowy raj

Łucja była dziś zaproszona do koleżanki z przedszkola. Na PO ZUPIE. Wiecie jaki miałam dylemat, na którą to może być godzinę?????