Dziewczyny, a właściwie Łucja, mają nową koleżankę. Chodzą z nią razem na balet, razem malują i jeżdżą na rowerach. Dziewczynka jest parę miesięcy starsza od Łucji i robi wrażenie trochę doroślejszej. Jeździ na dwóch kółkach, ubiera się na czarno i nie podobają się jej błyszczące buty 🙂
Wczoraj zabawa była u nas w domu. Łucja jest doskonałą gospodynią. Proponuje różne zabawy, oprowadza po domu (chodź pokażę Ci wszystkie pokoje) i dba by gość nie był głodny. Podoba mi się, że potrafi bronić własnego zdania (a ja lubię błyszczące buty), nie obraża się i chętnie wszystkim się dzieli.
Ja natomiast po raz kolejny odkryłam, że mam dzieci doskonałe. Może zresztą wcale nie są doskonałe, a rzecz w tym, że własne odbiera się inaczej, ale moje są DLA MNIE ukojeniem. Każde inne, nie wiadomo jak grzeczne by nie było, jest męczące. Zacznijmy od tego, że dziewczyny bawią się RAZEM. Nikt nie woła mnie do zabawy w chowanego czy żebym zabrała Mieszka bo coś burzy. Mieszko bawi się z siostrami. Owszem rozwala i niszczy, ale wtedy na niego krzyczą. Mnie w to się nie miesza! Albo jedzenie… Jak daję kisiel, albo inny dzieciowy smakołyk, to nie rozrzuca się go. Czasem się samo rozsypie czy wyleje, ale świadomie tego się nie robi. Chociaż najgorsze jest chyba to testowanie. Sprawdzę co mogę. Dziewczyny tego nie robią. Czasem zdarza się Łucji i łatwo sobie z tym poradzić, zresztą to nie jest jakieś stałe… A inne dzieci tak Cię sprawdzają i sprawdzają i masz wrażenie, że robią to cały czas.








Z Lilą wieczorem. Reszta już śpi, a tę gnębią różne dylematy…
- Mamo, a dziś na balecie tańczyliśmy Krakowiaczek.
- Mhm.
- A Ty znasz tę piosenkę?
- Krakowiaczek jeden miał koników siedem, pojechał na wojnę, ostał mu się jeden. Siedem lat…
- A co to jest wojna?
- Nic ważnego.
- Ale co to jest?
- To jak ludzie się biją.
- A jak człowiekowi odetnie się głowę to zamienia się w piłkę [to efekt baśni Grimmów].
- Nie zawsze…
- Wojna jest okropna.
- A skąd Ty to wiesz?
- Bo ludzie muszą się kochać. I zwierzęta też.
- Dlatego Cię kocham. I śpij już!
