Przede wszystkim wygląda na to, że udało się zatrzymać. Bo chodzi o Łucję, która się z tym zmaga.
Można oczywiście wyluzować i uznać, że dziecko samo przestanie. I właściwie jest to zgodne z moją teorią, że to czym na ogół najbardziej się przejmujemy z perspektywy czasu układa się samo. Ale akurat paznokciami się nakręciłam. Naczytałam się wyznań na kafeterii i wizazie i wiem, że to paskudny nałóg. A co ważne, wszyscy obgryzający zaczynają to robić prze 5 rokiem życia. Czasem koło 7-mego się kończy, lecz na ogół nasila w okresie dojrzewania. Jakby nie było (nowy) nałóg nie grozi osobom dorosłym. Plus są dziewczyny, które mają paznokcie o długości dwóch mm i uważają że to nie problem.
No więc postanowiłam zawalczyć. W przypadku dzieci obgryzanie jest wynikiem czegoś: nieśmiałości, redukcji napięcia, wstydu, słabszej samooceny czy reakcją na stres. I Łucza podchodzi zdecydowanie pod pierwsze. Może pomóc rozmowa (odbyłyśmy), przekierowywanie uwagi i zajęcie rąk. Włącza się to gdy dziecko się zamyśla, czyli np. przed telewizorem. Spece odradzają smarowanie żelami (chociaż są takie, które niesmak pozostawiają na wiele godzin i internautki uważają je za skuteczne), bo trzeba dziecku czymś to zastąpić, a nie zabierać. Mogą być pomóc jakieś chrupacze, które dziecko będzie pogryzać, albo coś czym zajmie dłonie (u nas to są kredki). Łucza siedzi, ogląda (te przysłowiowe 4 bajki dziennie) i maluje. I paznokcie są już na tyle długie, że wczoraj musiałyśmy je troszkę podciąć! Paznokcie są lekko pomalowane bezbarwnym, bo takie twarde nie są takie „smaczne” i nawet jak się na chwilę zamyśli szkód wielkich nie ma!
