Przypadek I
Wprowadzenie: siedzimy w jej kuchni i gadamy o dzieciach. Ona (matka NR 1) martwi się słodyczami. Że za dużo ich jedzą. I jak ja z tym sobie radzę. Ja radzę sobie prosto. Po prostu nie kupuję. Bo jak są w domu to zawsze wynajdę.
Scenka przyuważona: Ona odbiera córę z przedszkola. Gadamy w szatni, w tle próbując ubierać dzieci. Pyta swoją:
- Skąd masz batonika?
- Wyjęłam Ci z torebki.
- Ty spryciaro!
- Ale to dla mnie?
- Tak.
Przypadek II
Wprowadzenie: siedzimy przy dużym stole w jadalni. Ona (matka NR2) opowiada, że chciałaby mieć córkę. Że po dwóch chłopakach chciałaby córkę. Ale nie wie jak to będzie z finansami przy trójce.
Scenka przyuważona: Odbiera syna z przedszkola. Wyciąga coś z kieszeni i mu daje:
- Zobacz co dla Ciebie mam!
- Ojej! Fioletowa Lily! (auto z Zygzak MacQuana)
Ona do mnie:
- Nigdzie nie można było jej kupić. Wszystkie inne są, a tego fioletowego nie ma. W końcu kupiłam w Internecie, ale kosztowało 3x tyle co pozostałe.
Przypadek III.
Wprowadzenie: kontekst znacie.
Scenka przyuważona: na Walentynki kupiła (matka NR 3) akcesoria do robienia kartek. Znowu. Dla dzieci 🙂
Bo takie są te matki. Wymyślamy co to mogą potrzebować nasze dzieci i kupujemy. Niezależnie od tego co o tym myśli partner i co sobie zaplanowałyśmy. Moja słabość to drobiazgi. Tym razem zasłaniając się nadchodzącymi Walentynkami nakupowałam serduszek wszelkiego rodzaju. Piankowe, drewniane, satynowe. Wstążeczki i kartoniki. Dziurkacze, ramki i piórka. Guziczki i czerwone różyczki… I od wczoraj narobiłyśmy kartek. Dla koleżanek (obie) i kolegów (Łucja) :))

