- Obudziłam?
- Nie. Tata już pojechał na rynek, a ja się tak kręcę.
- Zimno macie?
- Bardzo. Wczoraj wieczorem jak wróciliśmy od Was to było zimno jak w psiarni.
- U nas też. My dziś palimy tą resztką drewna, co to je mamy.
- Nie mówiłam Ci, ale Mieszko bardzo był grzeczny jak został wczoraj z nami.
- Bo to grzeczny chłopak jest. Dziś rano natomiast byłam z Lilą na pobieraniu krwi.
- Ojej. Jak poszło?
- Strasznie dużo jej pobrali. Najpierw podwinęły rękawki, zobaczyły te chude rączki, wybrały tę, którą będą kłuć i się wbiły.
- Płakała?
- Tak. Ale ta pielęgniarka powiedziała, że to akurat dobrze, bo krew szybciej leci. A ona rano nic nie chciała pić. A przed pobieraniem to dobrze się napić wody, żeby krew leciała. Ja to nawet w ciąży jadłam, bo jak nie glukoza to nie ma znaczenia.
- To nawet nie widziałam.
- No, tak jest. Jakby nie było, ta krew jej strasznie wolno leciała. Tak po kropelce. Myśmy tam parę minut siedziały, aż skapało do wszystkich probówek.
- Biedactwo.
- No. A wiesz… Jak ona się wbiła w rączkę, to żyła uciekła. Ona odpięła strzykawkę i chwilę tą igłą szukała jej pod skórą tej żyły.
- Nawet mi nie mów!
- Te babki też były przejęte. Mówiły, że mama to się teraz córce nie wypłaci na prezent.
- Żeby ta córka coś chciała.
- No właśnie. Rosół chce to jej zrobię.
- Zrób.
- I spotkałam moją gin, już z rok u niej nie byłam. I ona z kimś rozmawiała i jak zobaczyła Lilę to zawołała: Oooo! A to moje! I dodała do tej co z nią gadała: Bo Pani ma trójkę i dwójka jest moja 🙂
Więc gotuję rosół. A na drugie Lilka dostanie grillowanego kurczaka. Przy okazji quesadillos okazało się, że oboje z Mieszkiem takiego lubią i nawet wolą niż panierowanego. Także robię 2/3 piersi w oliwie z solą, pieprzem i bazylią, a 1/3 w panierce 🙂 Dla Łucji 🙂
