Uwaga, na spadające patyki!

krzyczał sąsiad po odpaleniu racy.

Chowaliśmy się pod daszek wiaty i czekaliśmy aż drewienko gdzieś zleci. Fajnie było. Przyszło mi nawet do głowy, że rozumiem dlaczego rodzice mieli tylu znajomych w bloku. To po prostu super wygodne. Usypiasz dzieci, wrzucasz na siebie błyszczącą noworoczną kieckę, włączasz elektryczną nianię i idziesz do sąsiadów. Można pogadać o tym, że Euro drogie i że na wakacje trzeba gdzieś poza jego strefę i że musimy w końcu wybrać się wszyscy razem, pozdradzać sobie tajniki usypiania dzieci czy omówić składniki sałatki.

Na samą północ obudziłam Łucję, która chciała zobaczyć fajerwerki. Była tak zaspana, że uznała je za „trochę straszne”. Było jasno od rac i mgliście od dymu. Śmieliśmy się, że to taka śmieszna branża, że nikt nie patrzy na koszty. Każdy chce mieć fajerwerki lepsze od sąsiadów. I nie ma gorzej wydanych 14 złotych niż te, kiedy Ci mówią: Oj, słabe jakieś te race kupiłeś :)) Jeden domek, z 200 metrów dalej, miał niesamowitą katapultę. Strzelało same, a na niebie pojawiały się węże, serpentyny i gwiazdy. Taki zestaw chcę mieć za rok! (wtedy obudzimy wszystkie dzieci :))

Ruszył. 2012!