Przerobić suchą bułę

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, jak Lutka przykręca do stołu maszynkę do mięsa i Krzycho mieli fragmenty starych bułek na bułkę tartą. Nie wiem czy to dlatego, że za PRL-u nie było takiego dobra w sklepach, czy raczej był to fragment ekonomicznej myśli Krzycha, ale biorąc pod uwagę, że to on mielił to TO drugie jest jak najbardziej niewykluczone.

Po tych paru dniach chorób została mi starta suchych bułek. Połówek, ćwiartek i łupinek. Cała trójka jadła głównie bułki. Łucja popijała kompotem jabłkowym, a Lila i Mieszko podgryzali gotowanym kurczakiem. No i jedli tam gdzie mieli ochotę. Być może nie jest to pedagogiczne, ale jako matka chorych niejadków udzieliłam dyspensy od konwenansów. Chciały jeść w łóżku, albo w bawialni? Dobrze, że wogóle chciały. Tyle, że potem kładąc je spać, albo porządkując coś znajdowałam w różnych miejscach te buły. Kombinowałam, że maszynki do mięsa nie mam, ale może jakoś tłuczkiem to rozwalić na piasek? Albo mikserem na programie lód? W końcu skonsultowałam z Lutką, która przy okazji przyznała się, że bułka tarta wtedy była, więc musiał to być pomysł tatuśka i ona mi mielenie odradziła. Bo a) narobię sobie roboty i okruchów wszędzie, b)to w końcu była choroba, więc wszystko co miało z nią styczność, trzeba usunąć. I tak też zrobiłam.

<><>

I może nie zapeszę, ale jest pierwszy plus choroby. Wytłumaczyłam Łucji, która przechodziła to zdecydowanie najgorzej, że wszystko przez branie palców do buzi. Że jeżeli Maciek w przedszkolu wymiotował, to mógł wcześniej dotknąć zabawki, którą bawiła się później Łucja, a ponieważ wzięła palce do buzi, to bakterie dostały się do jej żołądka. Efekt? Jej paznokcie (biała część) mają dziś ponad minimetr! 🙂