Misja R_O_D_Z_I_C

Chwilę przed narodzinami Łucji chodziliśmy na szkołę rodzenia. Chłonęliśmy głoszoną tam wiedzę jak gąbki. Ale nie bardzo rozumiałam zajęcia z psychologii. Młoda babka zamiast mówić nam o tym jak psychicznie przeżyć poród i późniejszy baby blues, prawiła nam o tym, żeby wyrywać się na godzinne randki jak dziecko już się urodzi. Referowałam to Lutce, a ona przytakiwała: Też coś? Randki? Szczególnie się chce.

Minęło kilka dzieci później i ta rada wydaje mi się na wagę złota. Dzieci są ważne. Dzieci są najważniejsze, ale to dzięki nam są. I to my mamy być szczęśliwi, bo i one będą szczęśliwe. Czy to za sprawą hormonów, czy czegoś innego łatwo nam kobietom przełączyć się na Misję Rodzic. Jest taki film z Hugh Grantem, gdzie są losy różnych par. W rodzinie z trójką super dzieciaków żona odkrywa przed świętami, że on ma w kieszeni naszyjnik. Ale jest tym zakręcona! A później się okazuje, że to nie dla niej. Że ona dostała tomik wierszy, o którym zawsze marzyła.

Nie chodzi o to, że chodzimy po domu w dresie. Bo chyba czasy nie to, że ktoś chodzi. Chodzi o to, że musimy się stale zdobywać i zakochiwać się w sobie. Że wiele nas łączy, ale że musimy sprawić by fascynacji nie zabrakło. Wdrożyliśmy świeczki do wieczornego oglądania serialu i złożyliśmy obupólne deklaracje o sprawianiu sobie niespodzianek.

Różnie było ostatnimi czasy u nas. Jakby nie było podjęliśmy też decyzję o wspólnych randkach. Raz w tygodniu wyrwiemy się bez dzieci na coś. Na wystawę, do kina, do knajpy albo na spacer. A kiedyś może i na wspólną wycieczkę. Tak na 3 dni. Pierwsza 2-godzinna randka miała być dziś, ale dzieci (ach te dzieci) choróbskami położyły nasz plan. Właściwie to nie położyły, ale przełożyły o tydzień! Obiecuję! 😀