Dzień Zaduszny

Czytam teraz wspomnienia (мемуар) o Lilianie Łunginej. Książkę dostałam od Krzycha, i chociaż od dawna nic w języku carów nie czytałam, to nawet jakoś mi idzie. Raz na parę dni biorę i mija kolejnych kilka stron. Ona była filologiem, tłumaczem, a jej życie przypadło akurat na wszystkie ważne w Rosji przełomy. Podoba mi się jak pamięta rodziców. Mamę nazywa typem prazdnicznym. Że męczyła ją codzienność, ale uwielbiała święta i przyjęcia. Wymyślała menu, układała je w wierszyk, goście przychodzili, pożerali wymyślne potrawy, a ona żyła była szczęśliwa i wymyślała koleje scenariusze spotkań. Ja na pewno jestem takim typem, ale wydaje mi się, że wiele kobiet nim jest. Te święta i uroczystości to przerywnik, który ubarwia rutynę życia.

Ciekawie mówi o relacji dziecko-przodkowie… Że jak jesteśmy nastolatkami to historia nas nie specjalnie zajmuje. Samo myślenie o rodzicach to wspominanie czasów zamierzchłych, ale im jesteśmy starsi tym częściej patrzymy do tyłu i zastanawiamy się jakimi rodzicami byli nasi rodzice, jakimi dziadkami byli nasi dziadkowie i pradziadowie. Pojawia się w nas pewna mądrość i zgoda na czerpanie rad od starszych.

Moja wiara jest czymś takim mało spójnym. To zlepek różnych doświadczeń, idei i zasad. Ma to nazwę religia, ale jest dużo bardziej osobiste, mocno zmodyfikowane i pewnie fragmentami heretyczne. Pamiętam siebie wczesno-nasto. Na Wszystkich Świętych stałam przy grobach i się modliłam. Start! Skończone. Inni jeszcze stoją? To klepnę te Zdrowaśkę raz jeszcze, żeby nie było za szybko. Teraz z TYMI w grobach rozmawiam. Wyłuszczam im coś, a czasem o coś proszę. I oni mnie wysłuchują. Wiem o tym na pewno.