Zagadała mnie ostatnio mama jednego półtorarocznego chłopca o jedzenie dzieci (oczywiście jak to słusznie Muu 😉 zauważyła, chodzi o to jak jedzą, a nie o to jak my je pożeramy :)))) . Za wiele jej nie pomogłam, bo na nic w życiu nie ma reguły. Z półtoraroczną Łucją walczyliśmy, choć teraz bym już pewnie wiedziała, że ona po prostu była „mlekowa”, że potrzebowała wtrąbić butlę, a Lili dać górę gotowanego mięsa i niczym się nie martwić. Ten chłopiec o którym była mowa je tylko słoiczki i całą resztą gardzi. Na zdrowy rozsądek należałoby zacząć od gotowania marchewki i ziemniaka i stopniowo dawać mu coraz większe grudki, ale może on potrzebuje przestawienia na samojedzenie? U Miecha to działa. Jakby nie było na dzikich dzieciach jest fajny poradnik o jedzeniu: Jak zniechęcić dziecko do jedzenia. Btw. jak na to patrzę to przypomina mi się, mit krążący w mojej rodzinie, że mój brat stał się niejadkiem, gdy skończył rok i odkrył, że rodzice zajmują się mną bo nie jem i zdecydował, że też nie będzie jeść. Otóż nie! Po prostu po roku dzieciom spada chęć na jedzenie, a Lutka podejrzewam wciskała te papki mu nadal ;p
<>><<>
Wiele złego można powiedzieć o listopadzie: że wszyscy mają depresję, że to kiepski miesiąc dla par, że robi się zimno, a dzień jest krótki. Aaale z całą pewnością, świetnie się teraz je. Wczoraj zrobiłam mój pierwszy kapuśniak i będzie to chyba moja ulubiona zupa. Dziś robię jakieś mięsa duszone, a jutro wena obiadowa przybędzie koło 11-stej :))



