Selfcare isn’t selfish

-„Dbanie o siebie to nie oznacza bycie samolubnym”, z Devil’s Hour, s01e01, Prime Video

Mało teraz oglądam, bo duuużo mniej prasuję, ale czasem coś tam zobaczę! Poniedziałek. Dzień organizacyjny. Odczulanie, biblioteka (oddałam lekturę Lilki, pożyczyłam dla Mieszka), poczta i większe zakupy. Skończyły mi się tabletki do zmywarki i chciałam też kupić gnatki na zupę, bo po pięciu latach NIE robienia ZUP, postanowiłam do tego wrócić. Jutro na rynku kupię warzywa i spróbuję! Zaniechałam, bo marudzili, że moje nie są TAK dobre jak babci, ale jak wracają o różnych godzinach, to podanie zupy będzie najprostsze! Pod sklepem zagadał do mnie gość z niezłego auta, że „mizerne zakupy Pani zrobiła, ja zrobiłem większe!”. Odparłam na to, że „Ja pewnie więcej zapłaciłam”, a on się na to zaśmiał, że przecież NIE będziemy się tym martwili. I tu się z nim zgodziłam! 🙂 W nagrodę za tę uroczą konwersację ruszył z pokazowym efektownym paleniem opon. Małe, głupie, a cieszy! Mam więc energię na nowy tydzień! Jeden urząd, dentysta z Lilką i spotkanie z Lutką któregoś dnia. W kalendarzu w telefonie zapisałam sobie na TEN tydzień „papiery świąteczne”, bo 11 miesięcy temu temat miałam na ŚWIEŻO i wiedziałam, że mi się skończyły. I DWA pierwsze mam: tu dla Was dobre info: bo one są cały czas w takich samych cenach. Kupiłam cudny zielony z dziadkiem do orzechów oraz taki vintage z grubaśnym Mikołajem i oba były poniżej dwóch zeta.

Wpadł też wczoraj Diabli i przywiózł dziewczynom kalendarze adwentowe. Takie wielkie z Dojczlandu! Mieszko ma TEŻ dostać, ale tu mam znaleźć jaki! Stoczyliśmy również szybko rodzicielką dyskusję, czy Łucja może jechać na OpenAira w przyszłym roku, ale decyzja jeszcze nie ZAPADŁA. Będzie mieć lat 17-ście, to nie Jarocin w latach ’80 i moim zdaniem MOŻE. Ale chwilę musimy to powałkować…

Źródło CIEPŁA pachnące Hydrą

Z Grecji dostałam dzbanuszek i dzbanuszki dostały TEŻ dziewczyny. Mieszko dla siebie przywiózł kubeczek z atletycznym herosem, który półnagi łapie byka za rogi (będzie na ołówki na biurko). Mamy TEŻ baklawę (to ten kartonik z tyłu) i tak jak NIE lubimy baklawy, to TA jest wybitna. Kolekcję suwenirów zamykają sezamki i oregano z wyspy Hydra. Te wyspy nazywały się jak jakieś zabawki Bonda, ale na jednej z nich Mieszko był na PLANTACJI oregano, gdzie powalił go zapach i TYM zapachem został otoczony nasz dom, gdy rano robiłam ZAPIEKANKI!

Wspomnę jeszcze u Łucji, która brata zobaczyła dopiero dziś, bo BYŁA na kolejnym koncercie! Tata Matiego pracuje przy nagłośnieniu i czasem ich gdzieś tam wciśnie! Tym razem był to Young Multi (kolejny, którego nie znam), ale podobno to osoba wykonująca ulubioną piosenkę Mieszka, czyli „Plecak”. Wiem o tym, bo Łucja przysłała mu wiadomość na grupę, że „jest plecak pełen cashu” i w ja w swojej pazernej naiwności myślałam, że nareszcie wpadła nam jakaś kasa… LECZ okazało się, że to piosenka!! :((

Taka więc smutna proza naszego życia. Nie ma żadnego plecaka z kasą, bo to tylko taka piosenka była… By to zilustrować wrzucę Wam Miaustrę pilnującą jedynego źródła ciepła w domu, czyli PIZZY 😀

Hellada listopadowa

  • Nie wiem czy ja coś pamiętam z mojego wyjazdu…
  • Lila, pamiętasz na pewno London Eye…
  • Tak. Pamiętam! I jeszcze sklep ze słodyczami, który mijaliśmy, bo był koło hotelu!
  • Taki był cel. Babcia mówiła, że jedna atrakcja powinna być taka MAX, żebyście ją zapamiętali. Łucja zapamiętała Wieżę Eiffla i katedrę Notre Damme, bo było strasznie dużo ludzi i tylko patrząc w górę coś widziała. Mieszko wygląda na to, zapamiętał rejs!

Są!!! Odebrałam ich z lotniska, rano po bieganiu kupowałam jeszcze pieczywo w wersji x2, żeby dziadki TEŻ na weekend miały. Już miałam DŁUUUGĄ opowieść syna, z której wiem, że WSZĘDZIE były słitaśne koty, chociaż te na wyspach były najbardziej przyjazne. I osiołki są całkiem miłe (Mieszko nie znosi koni) oraz, że jadł lody, chociaż pojechał z chrypą (stąd chadzał w MOJEJ apaszce). Doskonały był REJS na TRZY wyspy (Cyklady), na których było mistrzowskie jedzenie. I że dużo tam (w tej GRECJI) jedzą. Lutka powiedziała, że Mieszko budzi bardzo przyjazne emocje u innych ludzi i np. przewodniczka, go uwielbiała i cały czas zachęcała go do aktywności. Młody też pamięta, że tego dnia, gdy w planach mieli Akropol, Ogrody Królewskie i Muzea Akropolu, mieli nadajniczki na szyi i można było z nimi łazić i wszędzie było przewodniczkę słychać. Znamy ten patent, chociażby z Oświęcimia i to bardzo wygodne w turystyce zorganizowanej. Dla sióstr przywiózł dzbanuszki, dla siebie kubeczek, a ja dostałam greckie oregano oraz fetę (CHCIAŁAM, zawsze lubię jedzenie dostawać!).

Niepodległa

Podoba mi się, że dzisiejszy dzień staje się okazją na rodzinnych spacerów. Cały czas gdzieś tam wisi widmo narodowców, ale ogólna atmosfera jest przyjemna i dość patriotyczna. Jechaliśmy autem do dziadków (zajrzeć do ich kotka) i wpadliśmy po drodze na DWIE parady. Wszędzie mundurowi w galowych strojach, orkiestry i dzieci machające flagami. ŁADNE. A potem zapakowałam ekipę (bez Mieszka, za to z Matim) i pojechaliśmy do miasta. Tam doszły ekipy w biało-czerwonych wiankach i młodzież z biało-czerwonymi opaskami na rękach. Owszem wszędzie pełno policji, ulice pozamykane, ale my i tak pomykamy transportem publicznym (chętnie szynowym lub podziemnym), więc nie przeszkadzało nam to.

My jednak, zamiast na marsz, ruszyliśmy na wystawę… KULINARNĄ! Trochę nas gonił termin, bo to wystawa czasowa i niedługo się kończy, a temat dotyczył kuchni żydowskiej. Podzielonej na aszkenazyjską i sefardyjską. Było o bajglach, chałkach, gołąbkach, wątróbce, humusie, gęsim smalcu, oliwkach, granatach i bakłażanach. Jak na rozwój tej kuchni wpłynęło to, że tworzyli ją mieszkańcy różnych części Europy i co tzn. koszerne? Napatrzyliśmy się, a potem poszliśmy do miejsca, gdzie takie dania serwują! Trochę mamy problem z Matim, bo to niejadek i uznaje tylko pizzę, ale Łucja później się od nas z nim odłączyła i sami sobie taki frykas znaleźli. Dzisiaj rzeczywiście wszyscy jedzą, jak nie gęsi to rogale, a my uraczyliśmy się koftami z jagnięciny z miętą, humusem, sałatką izraelską oraz rosołem z kołdunami (z gęsiną)!

Sporo było takich elementów pod młodsze dzieci. Przewieszanie na magnesach elementów na ścianie (do czulentu chyba nie pasuje jajko), zaplatanie wielkiej chałki czy huśtawka-bajgiel. Fotki mi takie dziwne wyszły, bo aparat był nie naładowany i zawsze wtedy nie doświetla obrazu 😦

Cykady na Akropolu!

Postanowieniem sprzed WIELU lat, na 10-te urodziny KAŻDE dziecko ma wyjazd z dziadkami. Nie za daleko, ale za granicę. Do wybranej europejskiej stolicy. Tak na któryś przedłużony weekend… Łucja pojechała do Paryża. Lila do Londynu, a Mieszko uparł się na… Ateny! Do tych wyjazdów dziadki ZAWSZE się bardzo sumiennie szykowały. Lutka drukowała mapy i plany zwiedzania, wyszukiwali atrakcje pod kątem dzieci, a Krzycho zadręczał znajomych CO tam polecają. JEDNAK tym razem wyjazd NIE jest samodzielny, lecz z wycieczką turystyczną. Dziadek ma spore problemy ze zdrowiem, wzrokiem i wysiłkiem, a babcia SAMA się trochę bała brać na głowę i dziadka i wnuczę…

Hola, hola… Mieszko ma prawie 12 lat! Nie 10! Na zdjęciach widać, że jest wielki jak babcia! True, ale była pandemia i z całej masy powodów wyjazd nieustannie się przesuwał. Nawet tym razem, był termin na Dzień Nauczyciela, lecz nie zebrała się grupa i dziadki miały zwrot kosztów oraz właściwie do samego końca NIE było wiadomo, czy TEN termin TEŻ nie zostanie odwołany. Był to zresztą jeden z powodów, dla których nigdzie tej jesieni nie ruszyliśmy. Nie chciałam blokować żadnego terminu, w który mogli by pojechać.

Grecja jest wspaniała, a żadne inne miasto nie ma ostatnio lepszego PR-u, niż Ateny. Wszyscy, którzy dotarli tam TEJ jesieni pieją z zachwytu nad kuchnią, pogodą i atrakcjami. Mi się nawet wyświetla w kółko jakaś sponsorowana reklama nowego muzeum w Atenach, ale program mają zapchany. Akropol, Stare Miasto, które już zachwyciło Lutkę, Teatr Dionizosa, Stadion Olimpijski (najstarszy na świecie)…. Dziś byli w jakichś ogrodach z żółwiami, oglądali wczoraj w nocy zmianę warty, a przed nimi jeszcze rejs na Cyklady! Przychodzą nam raz po raz jakieś wiadomości na grupę, ale jak widać młody ma swoje priorytety (tu wchodzi kolejny segment przestrzeni moich dzieci, którego NIE rozumiem). No i u niego ciepło (nawet bardzo, bo marudzi, że nie ma krótkich spodenek, ale przesadza), no a u nas od rana LEJE!!!!

Księżyc Bobrów

-Oglądaliście wczoraj? No księżyc był piękny i trochę czerwonawy (w niektórych krajach nazywają go Truskawkowym Księżycem)! Chodziło o to podczas wczorajszej nocy, nazywanej też Mroźnym Księżycem, bobry zakładają ŻEREMIA i szykują się do zimy. To przedostatnia pełnia w tym roku!

qrf
  • Synu, jak było na zajęciach?
  • Fajnie, ale była tam też taka pani, która NIE była prowadzącą i robiła talerz.
  • No bo to jest to, co ta babka mówiła. Że dużo więcej ludzi przed świętami przychodzi, bo robią prezenty na święta. Może kolejnym razem ja pójdę z Wami?
  • Możesz pójść. Mi nie będziesz przeszkadzać
  • A może TY zrobisz dla mnie TALERZ? Taką wielką paterę na owoce? Odgnieciesz na niej liście? Albo zrobisz z dziurami? Taką ażurową?
  • Miałem plan zrobić dinozaura.

I tyle miałam TALERZA wykonanego przez syna! 😀 Wyżej świnki, które ostatnio pokrywali szkliwem (Mieszka jest ta surrealistyczna czerwono-różowa) i w międzyczasie zostały wypalone, a tym razem robili WĘŻE. A dziś rano, młody pojechał na wycieczkę! Napinka była spora, bo nie tylko go odwoziłam, LECZ musiałam RÓWNIEŻ dotrzeć z Łucją do lekarza na… ponowne pobieranie krwi! Próbki z poniedziałku się NIE nadawały, bo krew była za gęsta i zrobił się skrzep. Mi też się tak czasem zdarza, dlatego kantuję na badaniach i NIGDY nie jestem na czczo. I to samo zrobiliśmy DZIŚ z Łucją. Nakarmiłam, napoiłam i pojechałyśmy. Nasza droga jest bardziej skomplikowana, gdyż dojeżdżamy do rogatek, szukamy parkingu poza Park&Ride, bo tam NIGDY nie ma miejsca i tłuczemy się dalej komunikacją miejską. No więc, nie dziwne, że po takiej trasie, była w poniedziałek lekko odwodniona… Miejmy nadzieję, że tym razem KREW będzie okej, a niżej wrzucam Wam screena z rozmową z MIESZKIEM. Jeszcze niżej macie Łucję z przychodni, bo poszłyśmy później zapisać się na konsultację anestezjologiczną! Btw. Pytałam się dziewczyn co tzn. IRL i to znaczy: IN REAL LIFE.

Mózg

  • Buongiorno!
  • Buongiorno! Sona mamma di Lila! Rozmawiamy dalej po włosku, czy przejść na polski?
  • Polski! Ja nie znam włoskiego!
  • Chodzi o Lilę. Z 1F. Ona się zawiesza i ostatnio Pan jej pomógł.
  • Lila! Tu siedzi. W tej ławce! Chce pisać poprawę?
  • Tak. Chce.

Wczoraj miałam zebranie u Lilki. W sumie to całe grono rodziców zrobiło na mnie dużo lepsze wrażenie, niż za pierwszym razem… Siedziałam obok taty jednego chłopca i nabijaliśmy się z tego, że ONI jeszcze nie wiedzą, co to szkoła przetrwania i czas im wprowadzić gazetę w toaletach -> rzeczywiście wczoraj skończył nam się papier i ja kupiłam nowy. Stałam długo i w końcu kupiłam OMYŁKOWO dwuwarstwowy. Wiecie, jaka była drama w domu?

A jako, że po zabraniu, były dni otwarte, byłam RÓWNIEŻ u pana od geografii (rozmowa wyżej), który jest bardzo fajnym nauczycielem i STALE Lilce pomaga. Siedzi z nią na przerwach, tłumaczy jej i po raz kolejny sprawdza się zasada, że im większy freak, tym większa szansa, że panna się z NIM dogada.

<><>

Dziś mam maraton po urzędach. Ubiegam się o dofinansowanie do szkolenia, bo te z IT są w cenach kosmicznych. Jedną placówkę już odbębniłam – za wcześnie na radość, ale mam już wyznaczone spotkanie z doradcą na czwartek (dobrze), a przede mną jeszcze jeden urząd, chociaż w innej sprawie. Tam zajrzę, jak odstawię Mieszka z kolegami na garnki. Garncarnia jest akurat koło gminy. Aaaale, jak będę wracać z chłopakami z warsztatów to tradycyjnie zajrzymy do cukierni… Kupuję im tam po mini eklerce (nazywanej przez nich EKIERKAMI) oraz po mini ptysiu. TO jest takie długie wybieranie, że nie macie pojęcia! Czy pistacjowy, czy czekoladowy, czy klasyczny, chociaż może z piankami? One są takie na JEDEN, może dwa malutkie gryzki, ale WYBÓR zawsze wywołuje sporą ekscytację! Kupowaliśmy tam tort na Halloween w kształcie MÓZGU! 🙂 Był to taki mus czekoladowy, z którego po rozkrojeniu wypływały…maliny!

Tworzenie RODU

Jesteśmy narodem zbieraczy. Otaczamy się przedmiotami i wolimy coś przerobić niż z tym się rozstać. Nie obce nam są wiosenne czystki odzieżowe, albo oczyszczenie przestrzeni w kluczowych momentach życia, ale cały czas przedmioty mają dla nas wartość emocjonalną. Lubimy mieć własne książki, zbieramy piórka, kamienie i muszelki. Jesteśmy częścią starego świata i na milion procent jestem pewna, że i wśród Waszych znajomych są ludzie, którzy nie tylko grzebią w drzewie genealogicznym, ale też dokopali się szlacheckich lub arystokratycznych korzeni, co często podkreślają (ja mam chłopskie).

Jest w mojej rodzinie KOMODA. Ma ze 25 lat, ale nazywana jest „komodą dziadka”. Lutka kupiła ją, gdy wraz z rodzeństwem otrzymali kasę za repatriację po ojcu i podzieli ją na trzy równe części. I mama, żeby się to nie rozeszło, za swoją działkę kupiła komodę, która jest takim symbolem „po dziadku”. Ładne i dobre. Lecz teraz, na skutek różnych roszad, komoda, która była gdzieś indziej, przejechała do nich do domu. To wielki mebel z litego drewna. Solidny i ciężki. Tylko gdzie go postawić? Zaczął się więc taniec mebli i komoda wjechała na miejsce mniejszej komody w dużym pokoju. Ta mniejsza komoda wyjechała do sypialni, a bieliźniarka, gdzie trzymana była bielizna, wyjechała na korytarz… I dochodzimy do sedna tej historii.

Patrzyłam wczoraj na tę bieliźniarkę, bo mamy z Lutką obawy, że ona nie do końca na korytarzu pasuje, ale patrzę na nią i mówię:

  • Bo to jest TA sama bieliźniarka, którą mieliście w tamtym domu? Ona zawsze stała w Waszej sypialni?
  • Tak.
  • I to jest mebel z domu taty? Po dziadkach?
  • Tak. Jedyny mebel po dziadkach, pamiętający jeszcze czasy z Poznania.
  • Ja pamiętam inne uchwyty. One nie były z czymś czerwonym?

I w tym momencie odezwał się Krzycho, który siedzi na fotelu, ale WSZYSTKO słyszy:

  • BYŁY! Gość, który robił renowację je wykręcił, bo jedna była połamana i ja je poprzykręcałem do niciaków, które stoją u Was w domach, u nas i u Heńka (brata mamy). Dwa uchwyty mi zostały.

NIESAMOWITE 🙂 Najlepsze, że mama o tym NIE wiedziała, a ja pamiętałam te uchwyty. Pamięć ludzka jest niezwykła. Pomyślałam, że muszę to zapisać, bo mój tato zrobił akcję, bardzo w jego stylu, której celem było rozrzucenie emocji i magii, którą może posiadać PRZEDMIOT, po jak najszerszej rodzinie. I zrobił to cichaczem realizując jakiś swój sekretny plan osoby gromadzącej i nie gotowej na rozstanie się z niczym. Bardzo, bardzo to rozumiem. Btw. niciak to taki stolik na jednej nóżce, w którym trzyma się nici, lub u nas paszporty i dokumenty.

<>

Dziś Łucja miała pobieraną krew. Gdy wczoraj wyjęłam z teczki skierowania, dotarło do mnie, że TO co powinno być poddane badaniu było AŻ na czterech stronach! Zresztą, gdy byłyśmy w gabinecie, to ta pielęgniarka powiedziała, że pobrała jej krew do KAŻDEJ możliwej próbki. Potem poszłyśmy do maka i za kilka dni będą wyniki. Jeśli wszystko będzie grać, równo za miesiąc panna będzie mieć operację. Musi być wtedy Diabli w Polsce, bo jeśli się okaże, że dziewczyna ma tak jak on grupę zero, to będą jej przetaczać jego krew (będzie to po zabiegu konieczne i jeżeli dawca będzie dostępy, to po prostu będzie lepiej). Powinniśmy wtedy być oboje zwarci i gotowi.

<>

Poniedziałek -> nowy tydzień zaczynamy koszmarną napinką, bo pomijając badanie, o 17-stej Łucja ma rehaba, na 18-stą ja mam szkolenie i na 18-stą mam też zebranie u Lilki. Czyli odwiozę Łucję, zostawię ją tam, żeby wróciła JAKOŚ sama i jadę na zebranie, gdzie będę pół godziny i pół godziny później rozpocznę szkolenie (włączę je sobie w aucie na telefonie).

Liście i mgła

Szłam sobie z Bibi dziś rano i pomyślałam, że mgła jest moim ulubionym zjawiskiem atmosferycznym. Chyba zresztą już kiedyś o tym pisałam… Jest cudownie, kiedy wszystko jest ciche, mokre i ukryte, chociaż niewiarygodnie jasne. Czyste i świeże. Ba, przyszło mi do głowy, że jeżeli kiedyś ocieplenie klimatu zabierze mi mgły wyprowadzę się w góry, albo jakieś podmokłe dorzecze, żeby mgły mieć. Jest chłodno i rześko. Nie czuję zmęczenia, które odczuwamy w parne letnie poranki i ten spacer może trwać naprawdę długo!

Zaraz będziemy się zbierać do dziadków, potem, gdy wrócimy, muszę znaleźć kilka dokumentów (cały nadchodzący tydzień, będzie dość emocjonujący) i cieszę się, że dałam radę wczoraj pobiegać! Rozmawiałam na trasie z jedną babeczką, że mało mam stałych elementów i te sobotnie poranki to punkt, którego NIE lubię przegapiać! Wracając zahaczam o piekarnię i wszyscy są zadowoleni z takiego początku weekendu!

wykopaliska

Lubię wystawy multimedialne, rekonstruujące sytuację, albo zjawisko, bo to są na ogół rzeczy dobrze zrobione i inspirujące. Przenoszone z miejsca na miejsce, z kraju, do kraju, z miasta do miasta są DOPRACOWANE. Mieszko gdy siedliśmy w takiej sali kinowej, gdzie poleciał krótki film o tym jak wyglądała eksploracja piramid i doliny królów, zapytał od razu: Matko, pojedziemy do Egiptu? I szczerze mówiąc z całej wyprawy, on chyba wyniósł najwięcej. Wypełniał sumiennie karty pracy, które dostał przy wejściu, pomagała mu Lilka, bo taka Łucja z Matim to się raczej snuli 🙂

No cóż, ONI też twierdzą, że przesłuchali CAŁE nagranie (bo chodziło się z takimi audiobookami) i RÓWNIEŻ wszystko zapamiętali! Nawet to, że Tutenchamon był młody, co potwierdził chociażby rentgen zrobiony współcześnie, gdyż widać na nim, że nie wyszły mu jeszcze zęby mądrości. Mi też się podobało, bo NIE zdawałam sobie sprawy, z tego jak te sarkofagi były powkładane jeden w drugi… To zresztą mega, bo zobaczcie, że w tylu różnych, niepołączonych kulturach, był model jednej rzeczy wchodzącej w drugą identyczną (minimalnie większą), a ten w kolejną jeszcze większą. I absolutnie uciekła mi informacja, że najcenniejsze grobowce były ukryte pod ziemią. Nie były to piramidy! Przy wyjściu była ankieta NA CO chętnie byśmy poszli i zaznaczyłam, że na świat Barbie, albo na wampiry. Co ciekawe, jak ostatnio tam byliśmy (to było z Mieszkiem na wystawie o kosmosie) zaznaczyłam Faraonów i Van Gogha. I zrobili!

Tron Faraona. Najważniejszy tron na świecie. Najdłużej trwająca cywilizacja. Strusie pióra trzymali niewolnicy. W głowie wszyscy mamy „żelazny tron”, a tak naprawdę TAK one, PRAWDZIWE krzesła władzy, wyglądały. Na tym podnóżku były wyryte sylwetki plemion, które zostały podbite. W ten sposób fizycznie i metaforycznie „trzymano na nich nogę”!

Najbardziej znana twarz świata. Tutenchamon. Wizytówka Egiptów i faraonów. Złota maska.

To samo. Trzy zewnętrzne warstwy, od największej do najmniejszej. W środku najmniejszej – złotej była mumia.

Niżej widać jak te sarkofagi/skrzynie były powkładane jedna w drugą. Blisko siebie, ścisk, wciśnięte jak na siłę…

A to jest pierwsza sala, którą ujrzeli archeolodzy, gdy wykopali w zapieczętowanej ścianie mały otwór:

Złoty rydwan