Ona jest największą aktywistką tego domu

-Lila o Bibi i dodała: „Ona by nawet poszła w paradzie równości by stanąć po stronie CZARNYCH psów”.

Days off? Dwa dni wolnego??! TAK! I spędzę je w ogródku! Dziś z dziadkami DUŻO żeśmy zrobili, ku wielkiej rozpaczy Bibi, która BRONIŁA każdej wycinanej gałązki. „MOJE drzewa! NIE ruszaj!” BO wycięte zostały kolejne: wysuszona wierzba i pewien zasuszony iglak… Lutka przywiozła pół bagażnika sadzonek (hibiskusy i inne), a ja wyjęłam z kąta w ogródku krzewiki co to je od tygodnia przy każdych zakupach wstawiałam do wózka. Hortensje i kamelię. Z Lilką podwiązałyśmy magnolię i przycięłyśmy jaśminu (wyrósł na 4 metry i kwitnie dopiero od tej wysokości – Lutka poradziła by obciąć te wysokie pnącza i zostawić tylko dwa małe odrosty przy ziemi). Jutro cd!

<><>

Podobało mi się w tej Belgii (fotki wyżej to z parku przy Atomium), że jej mieszkańcy nie tylko są różni, lecz nie boją się być JESZCZE bardziej niezwykli. Mam wrażenie, że ludzie pracujący U NAS w usługach często są „wygodni i funkcjonalni”. Nie mówiąc już o szarości ulicy: widzisz tłum nastolatków i wszyscy mają czarne jeansy, czarne bluzy i czarne plecaki Vans. Kopiuj-wklej. Tam każdy był niezwykły. Babka sprzedająca gofry wyglądała tak, że na dwóch pyskatych czarnoskórych Amerykanów, którzy byli w kolejce przede mną, jeden zaczął się jąkać, gdy zamawiał. Panna w bubble tea, miała zrobiony taki modny makijaż w piegi, a cała masa facetów była pomalowana.

  • Widziałyście tego gościa i jak ma pomalowane na czerwono oczy??- ekscytowałam się do dziewczyn, gdy w metrze obok nas pojawił się mężczyzna z makijażem w stylu lat ’80 z błyskawicami na skroniach.
  • Widziałyśmy. I co z tego? – dziwiła się Lilka.
  • To pewnie jakiś trans, ale niesamowity!
  • Bosze mamo, to że facet się maluje wcale nie znaczy, że jest trasem. Po prostu lubi się malować.

Ciepło, w weekend czeka nas przegląd szaf!

Po dwóch pedagogicznych porażkach (joke), egzemplarz TRZECI wyszedł mi sceniczny. Mieszko CHCE występować, uwielbia zajęcia teatralne i dziś zagrał w szkolnym przedstawieniu rolę Poniatowskiego. Przedstawienie było o Konstytucji 3 maja, strój króla wypożyczyłam, a wczoraj wieczorem doklejaliśmy do pożyczonej korony KRYSZTAŁY (bo jakoś było ich mało) i robiliśmy BERŁO. Przyszedł meil, że to atrybut konieczny i trzeba było JE na szybko zmontować (na różdżkę wróżki nabiliśmy WIELKĄ styropianową bombkę i ozdabialiśmy -> głównie niebieska farba i brokat przyklejany na lakier do włosów). Zdjęcia czy i KIEDY będą NIE wiem. Ale jak będą to Wam pokażę. Przedstawienie miało dwie tury, na drugiej były klasy ósme i LILKA, LECZ panna siedziała z boku sceny i NIEWIELE widziała…. Zarejestrowała natomiast jak „PROSTY LUD” obsypuje go kwiatami.

Dzisiaj sobie sprzątam, bo jutro przyjeżdża do mnie MAMUSIA pomóc mi w ogródku. Tak, dałabym sobie radę sama, ale w sumie nie będę marudzić, bo weźmie mnie do galopu i szybko zrobimy tu porządek! Polecę Wam tymczasem jedną książkę… Wzięłam ją sobie na wyjazd, zaczęłam czytać w samolocie, a tam akurat o anomalii, która wystąpiła podczas lotu 🙂 Świetna!

i jeszcze…

Coś czego nie dopracowałam to był dojazd. Bruksela to jedno z tych miejsc, gdzie można dolecieć TANIO. Za te właśnie przysłowiowe 39 pln/osoba, które jednakowoż zawsze wychodzi w obie strony troszeczkę więcej. ALE, nie przyszło mi do głowy, że są tam DWA lotniska. I w żadnym wypadku nie lećcie na Charlolei. Po pierwsze jest bardzo daleko od Brukseli, a po drugie NIE ma jak stamtąd się wydostać. Jest autobus, ale by w niego wsiąść czekaliśmy po przylocie 2 godziny w długiej i wijącej się kolejce. To jest specjalna monopolowa linia. I jest ten bus… drogi. Za bilet zapłaciliśmy 70 euro (czyli lekko licząc podróż samolotem kosztowała SPORO MNIEJ niż przejazd na lotnisko w JEDNĄ stronę). I przybywa ten autobus na obrzeża Brukseli skąd do naszego hotelu było 2 km. I też jest to do ogarnięcia, lecz tam nie ma komunikacji NOCNEJ, więc chcąc szybko w NOCY dotrzeć na PRZYSTANEK autobusu możesz albo gnać z buta, albo zamówić jadącą tylko do tego punktu taryfę (za 17 euro). Przed wyjazdem w nocy postanowiliśmy sobie zrobić większą zakładkę czasową, bo nie wiedzieliśmy CZY wsiądziemy do busa i ile czasu zajmie nam dotarcie na przystanek autobusowy. Okazało się to być dobre, bo chociaż koniec końców dotarliśmy Uberem na samo lotnisko (bo koszt auta jadącego w NOCY wyszedł niewiele wyższy) to była kolejka do WEJŚCIA na lotnisko, w której staliśmy 45 minut! Także szerokim łukiem TEN port lotniczy!

Poza tym nie było zgrzytów. Tak jak już Wam wczoraj pisałam, zacięły się drzwi wyjściowe z hotelu, ale koniec końców wydostaliśmy się i Bruksela pożegnała nas z rozmachem. Dużo było emocji i tak jak na ogół po wyjeździe człowiek kolejnego dnia myśli: GDZIE teraz?, to tym razem REALNIE łapiemy oddech. Hotel mieliśmy w samym centrum, bo nie chciałam mieć kosztu biletów dobowych, ale było tam dość głośno (CAŁĄ noc to miasto tętni). Lilka przespała dzisiaj 12 godzin…

Jedzeniowo jadaliśmy kuchnię azjatycką. Słodycze, oprócz czekolady nam nie podeszły, ale sprzedawali tam pyszne bułeczki z kawałkami czekolady, którymi się zajadaliśmy. Pod koniec dnia w supermarketach przeceniali takie pudełeczka z pokrojonymi owocami (płacisz za dwie, dostajesz trzy, mango/ananas/melon) -przyuważyliśmy pięknego gościa w doskonałym gajerze co kupował i MY też tak robiliśmy. Dzieciaki piły tam gazowanego liptona, którego podobno u nas nie ma, a ja zaczynałam dzień od kawy, która to kosztowała standardowo. I coś co wczoraj powiedziałam: Bardzo mi się tam podobało. Nawet zapowiedziałam dzieciom, że jak mi się już w końcu wyprowadzą to MOŻE wezmę ślub z jakimś Belgiem, bo mężczyźni tam są przepiękni 🙂

<><>

Nowy tydzień i to na dodatek, nie poniedziałek a środa! Zaczęły się matury, więc Łucja ma wolne i zamierza przez te TRZY dni chodzić na randki (TRUDNO). Lilka siedzi w domu, bo jest nie bardzo zdrowa… Z obiema pannami byłam, po mojej szkole, u ortopedy (tego z sanatorium) i kolejną wizytę mamy w październiku. Zajrzałam też do Urzędu Skarbowego i to co miałam tam załatwić z sukcesem załatwiłam. O 18-stej, po rehabie Łucji, mam odebrać przebranie dla Mieszka, więc sami czujecie, że na razie nadganiam. Robi się pranie, wietrzy moja pościel, a trawa widzę konkretnie urosła. Fajnie by było gdybym zdołała coś pogrzebać sobie w ziemi w ogródku, ale poza tym NIE ma żadnych planów na TEN tydzień i to TEŻ jest bardzo miłe!

Bel Chicken to taki Belgijski KFC, gdzie był ulubiony kurczak Mieszka. Popatrzcie jakie piękne drzewo rosło przed wejściem!
Gorąca czekolada
Museum aan de Stroom – Antwerpia (Muzeum Dziedzictwa Miasta, tuż przy dokach)
w jednej z baszt na wybrzeżu Anwerpii znaleźliśmy takie coś
któryś kościół, gdzie były niesamowite współczesne obrazy

zamiast brukselek po czekoladę!

Jakbyście chcieli przypomnieć sobie przed-pandemiczny świat to kierunek jest jeden 😉 W Belgii LUDZI jest tak dużo i są tak różnorodni, że po pierwszej godzinie aż nas rozbolała głowa… To nie jest nie tylko centrum Europy, ale tak naprawdę centrum całego świata. Rodzi się nawet takie wrażenie, że im dalej od tego punktu, to tym słabsza ta ludzka energia (tak, jesteśmy prowincją). I NIE byliśmy nigdy wcześniej w takiem miejscu! Cały czas się coś działo. Załapaliśmy się i na Festiwal Baltic Trafic, i na wielki koncert z okazji 1 maja jakieś hiszpańsko-języcznej kapeli, a od poniedziałku trwa Il Ad Fitr, czyli święto obchodów końca Ramadanu i ulice są tak przebajecznie kolorowe, że czujesz się jakbyś kroczył przez wielki kolorowy show. Do tego WSZĘDZIE kwitną tulipany. Droga do Atomium, widziana z okna tramwaju, wiedzie przez dywany czarnych tulipanów.

Co więcej, dostaliśmy rekordową liczbę pozytywnych „reakcji”. Bezinteresownych i zupełnie przez nas nie oczekiwanych. Dwie kawy zamiast jednej, możliwość podróży pierwszą klasą, zamiast drugiej (pociąg do Antwerpii), ekstra tabliczka czekolady w sklepie czy autobus, który zatrzymał się na środku jezdni, by nie wjeżdżać mi w kadr (fotografowałam budynek po drugiej stronie ulicy). W sklepie Lush, co to go u nas nie ma, sprzedawca o wyglądzie Roberta Smitha z The Cure z makijażem z jego najbardziej demonicznych sesji postanowił DAĆ nam całą masę rzeczy (to drogi sklep jest). Rano w kawiarniach nie ma miejsc, bo wszyscy NAWET w poniedziałek jedzą tam śniadania (chyba, że stoją w kolejkach po dropy do sklepów sportowych).

Inna historia: Pewnego razu w metrze siedział chłopak i patrzył się na mnie. Wyszedł z nami i podszedł do mnie i zapytał się czy się spotkamy dziś wieczorem!!!??? Te GRZMOTY (moje dzieci) były dwa metry za mną i rżały ze śmiechu , ale jego to nie speszyło! Oczywiście powiedziałam zgodnie z prawdą, że we are living tonight, ale to było takie niezwykłe, że mnie to też ścięło! Potem mi się tłumaczyły, że wiesz mamo, ale że TY?

Jedzenie? Najsłabszy element. Reklamowane gofry i wafle porażka, za to czekolada była przepyszna, a Muzeum Czekolady w Antwerpii okazało się być najlepszą placówką muzealną na świecie (wiecie, że próbowaliśmy tych 20 odmian płynnej czekolady?? – ależ to było dobre!). Jadaliśmy za to w Chinatown. Takich knajpach, gdzie w rogu syn właścicieli odrabia lekcje, a córka pomaga rozmawiać z klientami.

Co się nie udało? Nie weszliśmy do żadnego muzeum. W niedzielę byliśmy w Antwerpii, a w poniedziałek wszystkie placówki były zamknięte. Ach, no i Antwerpia cudowna. Chciałam zobaczyć i IM pokazać sklepy z diamentami prowadzane przez ortodoksyjnych żydów i słynące z najlepszych brylantów świata. I udało się 🙂 W jednym miejscu nawet potraktowali nas nawet poważnie, ale jak to Lilka zauważyła NAWET płacąc JEJ kartą (ona ma najwięcej kasy) i NAWET przy zniżce 99% nie bardzo nas stać 🙂

Wrzucam fotki. Mieliśmy na zakończenie akcję gigant. Jeden element logistyczny zawaliłam i dziś na lotnisko o trzeciej w nocy jechaliśmy Uberem. I zablokowały się drzwi wyjściowe z tych naszych apartamentów. Uber już czekał, a my nie mogliśmy się wydostać. Mieszkaliśmy na trzecim piętrze i nie było nikogo z obsługi.. Ależ to były emocje! UDAŁO się, chociaż po drodze dzwoniłam do tego gościa: DON’T GO! WAIT! I zaczekał. Wsiedliśmy do tego auta i znowu zanurzyliśmy się tym belgijskim glamurze 😉 Mieliśmy siedzenia ustawienia do siebie, on rozsunął dach i włączył arabską muzę. I w takim rozgwieżdżonym klimacie dojechaliśmy na lotnisko.

Do powtórki? OJ TAK! Dla mnie to chyba w tej chwili MIASTO Nr 1!

Dworzec w Antwerpii
21 maja w Bruseli będzie Pride Parade
Za kamiennymi lwami zaczynało się China Town (Antwerpia)
Muzeum Czekolady
Tulipany
Sikający chłopiec czyli symbol Brukseli. Tym razem ubrany chyba na 1 maja?
Gofry
które w różnych kszałtach bywają 🙂
Lilka z Mieszkiem
Atomium
Koncert
czekolada
wybrzeże Antwerpii
kłódki miłości
ten gość był niezły, grał na pięciu szachownicach równocześnie 🙂
Muzeum Czekolady
I Grande Platz w Bruskeli!

Majówka!

No to wolne! Wyjeżdżamy, a właściwie wylatujemy, więc do atrakcji ostatnich dni dochodziło RÓWNIEŻ monitorowanie jak tam sytuacja na odcinku z kontrolerami lotu. Lot mamy dziś w nocy (czyli byśmy wylecieli, bo to PRZED pierwszym maja), no ale powrót jest 3-go więc planowane strajki miały NAS objąć w drodze powrotnej. Nie miało by to wpływu na naszą decyzję wyjazdową, po prostu założyłam, że będziemy musieli nieco bardziej pokombinować BY wrócić. CHCE mi się jechać. Czuję, że tak mnie przeczołgało ostatnio, że MUSZĘ strywializować moje codzienne życie.

Teraz trawa akcja drukowania kart pokładowych, rezerwacji hotelu i parkingu. Potem pakowanie, chociaż Łucję muszę zapakować ja. Z grubsza powiedziała CO, ale ona ma spotkanie z koleżankami (idą na ramen) i dotrze bezpośrednio do dziadków, gdzie jedziemy by zostawić TAM psa i kota.

<><>

Bilans z Lilką dobrze. Panna dostała dawkę przypominającą szczepienia na tężec i umówiłam się na za miesiąc na szczepienie przeciwko HPV. Podobnie jak Łucję będę ją szczepić Gardasilem. Udało mi się też znaleźć wypożyczalnię strojów dziecięcych, która ma strój króla, który TO będzie potrzebny Mieszkowi na 5-go maja. Zarezerwowałam, odbieram 4-go i będzie… Poniatowskim!

Przypomnę Wam też, że może Elon Musk kupił twittera, ale można mieć go JEDNAK za darmo i w bocznej szpalcie na mojego ćwierkacza będę coś tam po drodze (do powrotu) czasem wrzucać. Jeśli korzystacie z telefonów to ramkę w twitterem macie na samym dole. Bo kolejny wpis po powrocie.

Pokażę Wam jeszcze fotkę ze szkoły. Byłam dziś w zerówce, a tam dziewczyny TAKIEGO kremu używają… Ja akurat uważam, że siemię lniane jest skuteczniejsze niż konopie, ale zawsze mnie bawi jak ktoś używa czegoś z konopiami, bo widzę to jako taką dyskretną formę filtru na rzeczywistość 🙂 Taki krypto-sprzeciw!

Siedząc w maseczce!

Czasem mam takie dni, że myślę, że NIE dam rady… Wczoraj. Szkoła, potem BEZ zakupów szybko do domu, gdzie rada na teamsach, potem dentysta z Łucją (wpierw po jakieś śmiecio-żarcie, bo panna przecież od rana bez jedzenia), szorowanie zębów w łazience w przychodni, potem rehab (też z Łucją -> przebieranie się w dresy w aucie), po drodze nie działał bankomat, a przecież potrzebna gotówka, w międzyczasie telefon dlaczego mnie nie ma na jakimś szkoleniu, potem powrót, spacer z Bibs i 20-sta. Nauka z Łucją do sprawdzianu z rosyjskiego przed snem.. A od szóstej rano WSZYSTKO od początku. Spacer z psem, szybko po rogaliki do śniadaniówek i do szkoły… Dużo. Ale DZIŚ w tym kociole wbiłam do fryzjera. Całe dwie godziny. Strzyżenie, odrosty, no i zeszło. I tak jak nigdy nie znosiłam tej gadki o terapeutycznej mocy tego typu usług, to pomogło. To taka gadająca osoba, która chwyciła życie w garść trzy lata temu i postanowiła pracować na siebie, a nie u kogoś. I od tych trzech lat biegnie i z niczym się nie wyrabia. Plany na majówkę? Umyje okna i roślinki. Wstawi je do wanny i wypierze też zasłony.

Siedzę teraz na kanapie i jestem zrelaksowana oraz zadowolona 🙂 Łucji jeszcze nie ma, ale maluchy są. Panna najstarsza zaspała dziś do szkoły i pojechała na kolejkę rowerem. Rower przywieźliśmy od dziadków w weekend, a dziś rano go wytachałam z bagażnika i CUDEM w tym biegu i bajzlu znalazłam w pomieszczeniu gospodarczym łańcuch. Z Lilką na 19-stą mam bilans, czyli koło 18-stej wyspaceruję psa. Pójdę więc sobie zrobić herbatkę z tego rozprężenia!

Szkolny paparazzi przyłapał dziś zakochanych w SZKOLE… Panna z rosyjskiego, ze sprawdzianu, zarobiła dziś szóstkę!

środa (kolejny dzień z dołkiem w biorytmie)

  • Pani pies się tarza w żabie – powiedział koleś przejeżdżający na rowerze o niewyobrażalnie szerokich oponach.
  • Trudno.
  • Mówię tak, bo ja też mam psa i od razu zwróciłem uwagę.
  • Bardzo dziękuję.

No bo cóż więcej można powiedzieć? Każda wiosna dla Bibi to szał kąpieli w ściekach, nurzaniu się w norach i nieliczonych tarzankach. Np. właśnie w… rozjechanych żabach…

Umyłam zimowe buty – suszą się teraz elegancko na piecykach, które na chwilę WŁĄCZYŁAM. Wczoraj zapowiedziałam dzieciom, że KONIEC grzania i wyjęłam wtyczki, ale jednak te na dole (POD buty) uruchomiłam na nowo. Z Łucją byłam u dentysty, obejrzałam i umówiliśmy się na ściąganie osadu. Nie wiedziałam, że nastolatkom się usuwa, ale dok powiedział, że TAK, można, że ona nie ma go dużo, ale będzie taka minimalna różnica w odcieniu zębów, a o to jej chodzi. Można usunąć w sumie JUŻ dziś, ale potem przez dwa dni zalecana jest biała dieta, a panna „PRZECIEŻ umówiła się z koleżankami na ramen”…

Na obiad zrobiłam duszoną cukinię, TERAZ robi się granola, Lilka MOŻE jutro pójdzie do szkoły, bo panna ma gila i od dwóch dni chodzi wyłącznie na poprawy. Pokażę Wam fotkę z odbywające się tego Biennale w Wenecji. Zatykające, nie?

ONA

Śmieszki-heheszki były z Matiego, ale wczoraj i Łucja wylądowała gdzieś na końcu świata jadąc kolejką… Wszystko przez grę, która ją wciągnęła, bo w którymś momencie burząc wioski znajomym podniosła głowę i odkryła, że NIE zna okolicy. Pojechała dalej i wysiadła na stacji, którą kojarzyła z nazwy…. Powrotny miał być za 40 minut…. Gdy przyjechał pojechała do stacji przesiadkowej, a tam kolejny postój bo COŚ się stało. Minęło kolejne 20 minut, przyleciał helikopter i przez głośniki poszło info, że NIE będą jeździć. Zadzwoniła do mnie, a ponieważ dzwoniła już wcześniej i zbliżała się 19-sta w końcu powiedziałam: Dobra, bierz Ubera. No i ten Uber, żeby wszystko było w temacie spóźnienia NIE mógł jej znaleźć. Zniknęła opcja koloru auta, a weź szukaj po tablicach. Panna widziała na komórce, że się zbliża, aż w końcu stanął. Po czym dostała esemesa napisanego cyrylicą: JA NA MIESTIE. I panna, jako TA co się rosyjskiego uczy, ZROZUMIAŁA. Że dotarł i czeka. To pierwsze funkcjonalne użycie języka Puszkina i bardzo się z tego cieszę 🙂

<><>

Wieczór. Panna nagrywa ukochanemu głosówki i mu je wysyła. JEDNĄ podsłuchałam:

I wyobraź sobie, że mówię, że boli mnie głowa, a ONA na to, że ją też boli i chyba to przez ciśnienie. Rozumiesz? Ona w kółko mówi o sobie! Albo babcia zadzwoniła zapytać się JEJ jak sobie dałam radę, a ona na to, że była mniejsza kiedy się zgubiła i sobie poradziłą i WTEDY babcia tego NIE doceniała!. ZNOWU tylko o sobie! ONA inaczej nie potrafi!!!

Ta ONA to oczywiście JA :DDD Ale cóż zrobić jak się jest takim fascynującym egzemplarzem?

No to byle na weekendu! Długiego!

Dużo mamy na ten tydzień! Będzie napięcie, bo jakieś tam plany na majówkę są, czyli do tradycyjnej napiny dochodzi napina przedwyjazdowa. Mam po drodze bilans z Lilką i dentystę z którymś dzieckiem (też chyba wezmę Lilkę), jest RÓWNIEŻ fryzjer i dwa zebrania w szkole… Dobrze, że w weekend schowałam ozdoby świąteczne, bo chociaż ładnie z nimi to gdybym tego NIE zrobiła to by nas w lato wprowadziły!

Boli mnie ręka (uderzyłam się w stół), głowa (ciśnienie) i stopy (dziś wzięłam do szkoły jako buty zmienne nowe buty na majówkę i OBCIERAJĄ). I tego gównianego netu cały czas nie mam, a zgłoszenie awarii zamknęli, bo u nich wszystko gra!!!! Za to odkryłam, że mam ucznia – MEGA!!- > który ma osiem (!!!) lat i układa DOWOLNY kolor w kostce rubika poniżej 30 sekund. No i Mieszko będzie grał rolę króla. Nie wiem nic więcej, bo tylko tyle napisał w esemesie. Zakładam, że chodzi o jakieś przedstawienie i ze względu na porę roku chyba nie będą to Jasełka?

<>><<>

  • Mamo, obetniesz mi paznokcie? – zapytała Łucja po kąpieli.
  • Takiemu staremu koniowi Łucja? Dawaj te nogi. Czemu takie krzywe te pazury? U nóg ogryzałaś?
  • Nie. Sama sobie chciałam obciąć i mi nie wyszło.
  • Może Mati może Ci obcinać?
  • Jemu też obcina mama.

🙂 I jeszcze fotki trzy z wczoraj dostałyśmy z Lilką:

plecy po lewej – MOJE
Wiem, taki odrost to drama, ale fryzjer w PLANACH!

A opony zmienię tradycyjnie w połowie maja…

Zawsze mnie zdumiewa jak ktoś mnie bierze na poważnie… Żartuję. Fajnie być traktowanym serio, ale większości tego co mówię, NIE należy traktować ostatecznie i na 100% nie należy się do tych wizji przywiązywać! Wymyślam coś czasem i idę dalej z nowymi ideami, a ktoś do tego wraca. I ja wtedy poważnie muszę się skupić o CZYM my mówimy? To NIE jest dobra cecha,bardzo to irytuje osoby uporządkowane, ale pozwala ignorować większość bieżących problemów. I wpadł w ten nasz wir ten chłopak Łucji i mam wrażenia, że czuje się jak w rollercosterze. U nas wszystko jest pełne zmiennych, ale co gorsza, my to lubimy 🙂 Wracał ostatnio do domu i pomylił pociągi. Wylądował 20 km dalej i zadzwonił do Łucji. Panna chwilę sprawdzała i mówi: Biegnij Byku, za 400 metrów masz przystanek skąd za 4 minuty odjeżdża Ci autobus prosto pod dom! – Ale Łucja, jesteś pewna??? – TAK! Biegnij! No i zdążył i dał radę!

Jak JUŻ Wam mówiłam, pojawił się ŚWIETNY pomysł, że pojedzie z nami na wakacje… Więc gdy wczoraj wychodzili ja rzuciłam: Jedziesz z nami pod namiot w czerwcu? My chyba mamy TEŻ namiot-jedynkę, więc będziesz spał obok. Łucja mi trochę brzęczała, że on NIE sypiał pod namiotem i prysznic na świeżym powietrzu może go trochę przerazić, no ale mi specjalnie przeszkadzać nie będzie. Dorzucimy mu tylko do namiotu Bibi!

A potem (wieczorem) Łucja uczyła się geografii nanosząc te półwyspy i wyżyny na kartki i ja jej pomagałam ich szukać. Równolegle odbębniała konwersację na telefonie i mówi do mnie:

  • Mama Matiego pyta się „Co ma kupić?”
  • Ale gdzie co kupić?
  • Na wyjazd.
  • Jaki wyjazd?
  • Pod namiot.
  • Aaaaa… Ale to jeszcze niech nic nie kupuje. Jeszcze nie wiadomo czy pojedziemy? Niech się czerwiec zacznie to będziemy myśleć!

<><>

Dziś byłam z Lilką na zajęciach z robienia hoteli dla owadów. Panna bierze udział w gminnym konkursie na taki domek, miałyśmy robić same w DOMU, ale znalazłam warsztaty. Na dodatek bezpłatne, więc DZIŚ pojechałyśmy i panna zrobiła! Do domków wkładaliśmy kokony pszczół, no ale my do naszego NIE włożyłyśmy, żeby przypadkiem na sali konkursowej nie wylęgły się owady.

Warsztaty były w takiej wielkiej drewnianej pergoli (wiem, połowę kadru zajmuje mój palec)
Przycinanie foli, do środka tekturowej tuby włożone były zrolowane słomki, wcześniej związane przez nas drutem…
Gotowy dom był obwiązany workiem jutowym. Lilka trzyma też kubek po matchy, którą gdzieś tam po drodze sobie zażyczyła.
CIEPŁO!