Dziś niedziela handlowa!

-kolejna dopiero w grudniu!

Nauczyło nas TO lato, że nigdy więcej poprawek! Nie dlatego, że poprawianie roku jest czymś złym i stygmatyzującym, ale dlatego, że całe wakacje ma się w plecy. I Diabli i ja mamy w życiorysie poprawianie roku (on w szkole średniej, ja na studiach) i co dla nas obojga JEST oczywiste, to TO że to ZAWSZE składowa nawarstwiających się wydarzeń na końcu których stoi KTOŚ, kto NIE chce pomóc. Bo trzeba dać nauczkę, bo w może w końcu zrozumie, bo może w końcu się nauczy. System penitencjarny jest ułomny. Poprawczaki i więzienia nie opuszczają ludzie dobrzy. Zło rodzi zło, kara rodzi chęć zemsty i jeżeli ktoś staje na nogi to tylko dlatego, że pojawiło gdzieś po drodze dobro.

W książce, którą właśnie skończyłam (Stan zdumienia) jest kobieta naukowiec, która rusza do Amazonii. Zanim wyjedzie rozmawia w kuchni z żoną kolegi z pracy, który w tej dżungli zaginął. Patrzy na jego trzech synów (też niezła scenka gdy zauważa najmłodszego, który jest taki bielutki, jakby był przezroczysty i on leży na labradorze -> kanapa, migający telewizor i wrażenie, że są to istoty połączone krwiobiegiem i kanałem życiowym), a potem obie wychodzą do spiżarni, żeby „chłopcy NIE podsłuchiwali”. Stoją w tym wąskim pomieszczeniu, ze słoikami oraz piętrzącymi się przetworami na sterylnych drewnianych półkach i zalewa je z góry jasne, oślepiające światło… Od tej pory akcja książki zaczyna biec coraz szybciej i chaotyczniej gnając w coraz ciemniejszym i węższym tunelu. Bardzo mi się taki manewr stylistyczny spodobał, bo to wyjątkowo prawdziwe…

Poprawka jest zła, bo cały ten letni okres, który powinien być resetujący, odświeżający i oczyszczający, wszyscy mieliśmy gdzieś tam w głowie, że na koniec sierpnia mamy dużą sprawę do załatwienia.

<>><<>

Pokażę Wam co panna zrobiła dla Matiego, bo dziś świętują jego urodziny. W planie a)było upieczenie czekoladowego ciasta w kształcie serca, które panna chciała wyjąć o północy z torby i razem ze świeczkami mu dać, ale ciasto NAM nie wyszło. Tzn. gdy ostygło to było niezłe, ale wylało się z foremki i nie wyglądało efektownie, więc ciasto dostanie KIEDY indziej. Dostał tylko fanty wykonane przez Łucję. Ich zdjęcie w ramce (wczoraj rano jechała na rowerze do drogerii, żeby je wydrukować), kartkę, namalowany własnoręcznie obraz (ukryty kontent tego dzieła, to to, że korona drzewa to jej odciśnięta pierś ;), żelki o niezwykłych smakach (on jest żelko-maniakiem), kłódkę, którą muszą gdzieś przyczepić i jakieś czekoladki… Miała być też ręcznie robiona bransoletka, ale nie zdążyła zrobić 😀 Btw. Na weselu panna bawiła się dobrze, zjadła rosół, ziemniaki, a babcia Matiego wcisnęła w nią sałatkę. A potem zapychała się ciastami i tartaletkami!