Najlepszą metodą porządków jest pozbywanie się CZEGOŚ (raz na jakiś czas)

kwiatki pozbierane na łąkach 🙂

Miałam wymianę licznika na wodę. Zapowiedzianą półtora miesiąca temu, więc NIE zaskoczyła mnie. Wstałam RANO i wygarnęłam zasoby pomieszczenia gospodarczego, by zrobić dojście do rur… Mam nadwyżkę za małych łyżew, niepotrzebne kartony i torby papierowe, znalazł się zmywacz do paznokci i łańcuchy do auta (nie używane od lat dziesięciu). Potem przyszedł pan hydraulik, który powiedział, że jesteśmy narodem zbieraczy (bo najbardziej się bałam, że jak już wyciągnęłam to wszystko to ON nie przyjdzie), a następnie opowiadał mi o teoriach spiskowych i o tym, że zdrowie oraz siła płyną z żołądka (z tym akurat się zgadzam).

Na fali CZYSTEK ruszyłam RÓWNIEŻ kącik wstydu w moim ogródku. Wszyscy to miejsce znacie, często mamy je TEŻ w domu, gdzie kładziesz coś i to SAMO rośnie. W tym ogródku zaczęło się od dodatkowego stołu, który postawiłam tam po komunii Mieszka (tak, to było ponad rok temu), bo planowałam grilla (żeby mieć gdzie tych gości posadzić)… On przez ten rok stał się miękki jak namoczona tektura – rozpadł się przy przenoszeniu! Za nim znalazłam rzeczy, które mi spadły z suszarki i żaby złożyły tam skrzek (wytrząsłam w innym zakątku, a szmatki wywaliłam). Życie znalazłam też w moich zapomnianych ogrodowych butach oraz w węglu do grilla. Nowych mieszkańców polokowałam w innych miejscach ogrodu, a JA wygrałam PRZESTRZEŃ!

before&after -> pod zieloną plandeką stoją rowery, kostka jak wyschnie i to będzie LEPIEJ

PLUS znalazłam też DWIE metalowe donice, które Lilka przemalowała mi wczoraj farbami akrylowymi! Po co, będzie później… Obie były wypłowiałe, akurat są mi potrzebne i wiem, że można kupić, ale można było też podjąć próbę ich uratowania!

donice PRZED malowaniem