i jeszcze…

Coś czego nie dopracowałam to był dojazd. Bruksela to jedno z tych miejsc, gdzie można dolecieć TANIO. Za te właśnie przysłowiowe 39 pln/osoba, które jednakowoż zawsze wychodzi w obie strony troszeczkę więcej. ALE, nie przyszło mi do głowy, że są tam DWA lotniska. I w żadnym wypadku nie lećcie na Charlolei. Po pierwsze jest bardzo daleko od Brukseli, a po drugie NIE ma jak stamtąd się wydostać. Jest autobus, ale by w niego wsiąść czekaliśmy po przylocie 2 godziny w długiej i wijącej się kolejce. To jest specjalna monopolowa linia. I jest ten bus… drogi. Za bilet zapłaciliśmy 70 euro (czyli lekko licząc podróż samolotem kosztowała SPORO MNIEJ niż przejazd na lotnisko w JEDNĄ stronę). I przybywa ten autobus na obrzeża Brukseli skąd do naszego hotelu było 2 km. I też jest to do ogarnięcia, lecz tam nie ma komunikacji NOCNEJ, więc chcąc szybko w NOCY dotrzeć na PRZYSTANEK autobusu możesz albo gnać z buta, albo zamówić jadącą tylko do tego punktu taryfę (za 17 euro). Przed wyjazdem w nocy postanowiliśmy sobie zrobić większą zakładkę czasową, bo nie wiedzieliśmy CZY wsiądziemy do busa i ile czasu zajmie nam dotarcie na przystanek autobusowy. Okazało się to być dobre, bo chociaż koniec końców dotarliśmy Uberem na samo lotnisko (bo koszt auta jadącego w NOCY wyszedł niewiele wyższy) to była kolejka do WEJŚCIA na lotnisko, w której staliśmy 45 minut! Także szerokim łukiem TEN port lotniczy!

Poza tym nie było zgrzytów. Tak jak już Wam wczoraj pisałam, zacięły się drzwi wyjściowe z hotelu, ale koniec końców wydostaliśmy się i Bruksela pożegnała nas z rozmachem. Dużo było emocji i tak jak na ogół po wyjeździe człowiek kolejnego dnia myśli: GDZIE teraz?, to tym razem REALNIE łapiemy oddech. Hotel mieliśmy w samym centrum, bo nie chciałam mieć kosztu biletów dobowych, ale było tam dość głośno (CAŁĄ noc to miasto tętni). Lilka przespała dzisiaj 12 godzin…

Jedzeniowo jadaliśmy kuchnię azjatycką. Słodycze, oprócz czekolady nam nie podeszły, ale sprzedawali tam pyszne bułeczki z kawałkami czekolady, którymi się zajadaliśmy. Pod koniec dnia w supermarketach przeceniali takie pudełeczka z pokrojonymi owocami (płacisz za dwie, dostajesz trzy, mango/ananas/melon) -przyuważyliśmy pięknego gościa w doskonałym gajerze co kupował i MY też tak robiliśmy. Dzieciaki piły tam gazowanego liptona, którego podobno u nas nie ma, a ja zaczynałam dzień od kawy, która to kosztowała standardowo. I coś co wczoraj powiedziałam: Bardzo mi się tam podobało. Nawet zapowiedziałam dzieciom, że jak mi się już w końcu wyprowadzą to MOŻE wezmę ślub z jakimś Belgiem, bo mężczyźni tam są przepiękni 🙂

<><>

Nowy tydzień i to na dodatek, nie poniedziałek a środa! Zaczęły się matury, więc Łucja ma wolne i zamierza przez te TRZY dni chodzić na randki (TRUDNO). Lilka siedzi w domu, bo jest nie bardzo zdrowa… Z obiema pannami byłam, po mojej szkole, u ortopedy (tego z sanatorium) i kolejną wizytę mamy w październiku. Zajrzałam też do Urzędu Skarbowego i to co miałam tam załatwić z sukcesem załatwiłam. O 18-stej, po rehabie Łucji, mam odebrać przebranie dla Mieszka, więc sami czujecie, że na razie nadganiam. Robi się pranie, wietrzy moja pościel, a trawa widzę konkretnie urosła. Fajnie by było gdybym zdołała coś pogrzebać sobie w ziemi w ogródku, ale poza tym NIE ma żadnych planów na TEN tydzień i to TEŻ jest bardzo miłe!

Bel Chicken to taki Belgijski KFC, gdzie był ulubiony kurczak Mieszka. Popatrzcie jakie piękne drzewo rosło przed wejściem!
Gorąca czekolada
Museum aan de Stroom – Antwerpia (Muzeum Dziedzictwa Miasta, tuż przy dokach)
w jednej z baszt na wybrzeżu Anwerpii znaleźliśmy takie coś
któryś kościół, gdzie były niesamowite współczesne obrazy