i zagęszczamy!

Prezenty już właściwie mam – czekam jeszcze tylko na piżamkę dla Mieszka, którą zamówiłam z odbiorem w sklepie i to już w zasadzie wszystko… Zakupy spożywcze zrobię w piątek -> ryby do zupy rybnej sprawię i zamrożę, kupię też ser i inne rzeczy potrzebne do ciast. Dziś mam szkolenie, które zostało przełożone z ubiegłego tygodnia (super -> wtedy nie było szans bym na nie dotarła, a dziś idę). Jutro rano mamy ściąganie szwów u Mieszka, a po południu spotkanie dla Erasmus-owców. Wieczorem dziś i jutro mam zajęcia sportowe. Czwartek to dzień otwarty w szkole – muszę się spotkać z nauczycielem matematyki Liliany. Po drodze muszę pojechać po choinkę… W piątek zaś wchodzą nowe „Gwiezdne Wojny”. Dam-dam-dam-dam- Dam-da tam!

<><>

Powyjazdowo mam taką refleksję, że Niemcy są całkiem przyjemnym krajem. Zawsze traktowałam je tranzytowo, a chyba niesłusznie. Przede wszystkim, paradoksalnie, jest tanio. Mieliśmy, na tej naszej kwaterze, aneks kuchenny w apartemencie. To było takie śmieszne wąskie mieszkanie na dwóch piętrach. Na dole kuchnia i łazienka, na strychu łóżka. Z okien mieliśmy widoki jak w „Mrocznych Materiach”, czyli dachy sąsiednich budynków oddalone o kilka metrów. Bardzo to było urocze! No i na przeciwko był mini-supermarket, gdzie w sobotę rano, jak dzieciaki jeszcze spały (na miejscu byliśmy kawałek po północy) zrobiłam zakupy. I wydałam mniej niż u nas! Świeże zioła poniżej euro, masło za euro, a reszta podobnie lub mniej. To niezły podróżniczy tip -> warto nastawić się tam, na samowyżywienie. Reklamy siłowni zachęcały, że miesiąc od 15 euro i to też duuużo taniej niż u nas. Doskonała woda w kranach. Liliana umyła włosy i porobiły jej się LOKI większe niż Łucji 🙂 Mandarynki kupowaliśmy u Turka. Tak jak już pisałam, mieszkaliśmy w arabskiej części Kolonii, wokół były świetne knajpy i super zaopatrzone małe warzywniaki. Lubię, kiedy mandarynki są w kartonach z liśćmi i nie wiem dlaczego u nas się tak nie sprzedaje? Cytrusy btw. też były tańsze niż w Polsce! Żeby nie było tak idealnie: mało było tam zwierząt. Psy nieliczne, kota nie widzieliśmy ani jednego. Lilka narzekała, że nie ma gołębi. Fakt. Ptaków nie było. W Rzymie widziałyśmy z Łucją jak gość w parku Borghese gada z mewami, które obsiadły jego stragan, a tu tylko ostatniego dnia widzieliśmy mikro stadko gołębi przy dworcu.

Widok z poddasza. Szeregi domów tuż obok siebie. Na tym dolnym foto widać krawędź naszego dachu:
Loki, loki, loki. W tle babcia, która przy Andym W utknęła na dłużej 😀
Śniadanie poranek 1 (zapłaciłam ok 11 euro). Sałatka ziemniaczana, pieczywo tostowe, bułki, śledzie w buraczkach, masło takie z górnej półki, herbatka owocowa, pieczywo, ser, prosciutto (też jakieś na maxa tanie), salami i coś co zachwyciło Łucję, czyli cienkie płytki czekolady, które wkładasz pomiędzy gorące tosty! Przywieźliśmy tego dwie paczki, ale jedną już pochłonęła w nocy Bibek…
I mozaika w tym rzymskim kościele!