Bo za spokojnie było ;)

Szykowałam kolację, kiedy w wejściu do kuchni stanął Mieszko. Biała galowa koszula (bo przecież miał konkurs) powoli zabrudzała od krwi lecącej ze skroni…

  • Bawiłem się z Bibką i uderzyłem się o stół…

Rana BYŁA, choć nie dramatyczna, więc zawołałam Lilkę, żeby przyniosła waciki, żeby już NIE kapało i złapałam za telefon. Wpierw zadzwoniłam na infolinię najbliższej przychodni. To prywatna placówka, ale tam zszywaliśmy ostatnio palec Mieszka. Podczas kiedy gostek z drugiej strony sprawdzał mi czy są jeszcze jacyś chirurdzy na dyżurze, wrzasnęłam, że młody ma nakładać buty, bo zaraz jedziemy. Chirurg, chociaż naczyniowy, był do 21-szej, więc ruszyliśmy…

Odstaliśmy swoje i rozpoczęłam dyskusję z panią na recepcji. Ona zadzwoniła do lekarza i on powiedział, że go nie weźmie, bo pomijając wszystko to jest dziecko i to jest uraz głowy. Ruszyliśmy więc dalej… Kolejny szpital był wspaniały. Pusty i oddział dziecięcy imponujący. LECZ, też nie było chirurga. Opatrzyli młodego i zaproponowali, że zawiozą go karetką do szpitala z pełnym dziecięcym oddziałem ratunkowym. Nie skorzystałam. W wersji a) mogłabym jechać z nim, ale jak byśmy potem wrócili? W wersji b) jechałabym za nimi, ale oni by pognali do przodu, a ja dotarłabym pół godziny później, no a nie chciałam się z nim rozstawać. Zresztą jego stan NIE był dramatyczny. Wyposażyli mnie tylko w skierowania i zalecenia i pojechaliśmy!

Trzeci szpital też był imponujący! Naprawdę mamy bardzo ładne i świetnie zorganizowane placówki medyczne. Było dużo ludzi z dziećmi, bo był SOR dziecięcy. Siedziało się w takiej poczekalni, na wielkim ekranie leciały bajki (koziołek Matołek i Miś Uszatek), a po wypełnieniu formularzy ratownik oceniał stopień zagrożenia życia. My dostaliśmy kod żółty i byliśmy obsłużeni błyskawicznie. Wyżej jest czerwony (natychmiastowa pomoc), pomarańczowy (do 10 minut), no i my (do godziny). Spośród wszystkich ludzi w przychodni nikt tam szybko nie był opatrzony jak my. Lekarzy było dużo, ale biegali za bramką pomiędzy nagłymi przypadkami dowożonymi karetkami. Młody ma założony JEDEN szew i czuje się dobrze 🙂

Taką mieliśmy przygodę! W sumie muszę przyznać dość ciekawą. Jak wyszliśmy postanowiliśmy gdzieś zajrzeć na jakieś jedzenie… Młody chciał do Maka, bo w tym szpitalu wszędzie były naklejki Fundacji Ronalda MacDonalda i tak też wybraliśmy. Ja wciągnęłam kanapkę Drwala, Mieszko zestaw wielkich frytek i nuggetsów. A gdy weszliśmy do domu, chwilę przed północą, z góry zbiegły siostry. Jak sądzicie O CO zapytały? Czy o to, jak się czuje ich brat?? NIE! Zapytały: CZY przywieźliśmy coś do jedzenia??!… :DDD Tak, kilka nuggetsów jeszcze było!

Drugi szpital. Piękne poczekalnie, głowa z krwawym zaciekiem i głowa z opatrunkiem.
Niżej szpital ostatni. Jak widać siedzimy w takich ławach, przed nami wielki ekran z bajkami, z boku długa lada, gdzie wypełnia się formularze i skąd przez głośnik idzie info, kto i do którego pokoju. Naprawdę, organizacja mistrzowska!

<>

Gość na karate dziś nie poszedł, ale za chwilę go budzę i zaprowadzę na konkurs ortograficzny. Potem ma wrócić do domu, więc dzisiejszy dzień mam razem z nim! 🙂