Przydatność smarfonów w turystyce

Nieocenione, prawda? Straszyli, że pogoda na majówkę będzie słaba, ale wiadomo jak się baba(JA) uprze to nie odwrotu 🙂 Hmm..  tyle, że rzeczywiście z dnia na dzień prognozy były coraz gorsze… Jeszcze w czwartek mówili, że będzie POCHMURNO i 15 stopni, ale BEZ deszczu, a już w piątek jak na kwaterze sprawdzałam co i jak to wyszło, że w końcu ma być chmurno i DESZCZOWO :/ No, ale nic. Powiedziałam mężowi, że jedziemy pod tego Smerka i spróbujemy (mniejszą) połoninę Wetlińską pokonać…

Legenda:

      • Nocleg: Lesko, do Wetliny 60 km
      • Wetlina: jadłodalnie
      • Smerek: góra i wieś, wejście na połoninę Wetlińską (1255)
      • Okrąglik: nasza góra

Lecz jak dotarliśmy pod górę okazało się, że nie dość, że leje jak z cebra, to błoto takie, że należałoby się czołgać, by choć 50 metrów podejść… Wsiedliśmy więc do auta by ustalić CO DALEJ. Na onecie jest taka strona gdzie widać ruchy mas chmurowych. I jak wół było widać, że po drugiej stronie Bieszczad jest w nich luka. Ale Diabli na góry nie miał już ochoty. Za to wyraził chęć uzupełnienie piwnych zapasów do naszego domu na Słowacji. Sprawdziliśmy więc gdzie mamy najbliższe przejście graniczne i ruszyliśmy. Tyle, że przy trasie kolejki był korek… No więc googlamy dalej i mówię: Jak odbijemy tu w lewo to dojedziemy do takiej mniejszej granicy. 6 km i jesteśmy w sklepie na Słowacji. No więc skręciliśmy… Jedziemy, jedziemy, 10 minut minęło, zniknęła burza i… droga asfaltowa się skończyła! Jest za to tablica informacyjna, dwa auta stojące z boku i grupka wchodząca z kijkami trekkingowymi pod górę. Wyszliśmy z wozu i poszliśmy i my.

Coś niesamowitego! Zupełnym przypadkiem weszliśmy na Okrąglik! Słowacki Kruchlik, albo Okruhlak, 1100 metrów, ale w zupełnie niemalże dziewiczej przyrodzie. Szlak nie jest tłoczny, przez 3 godziny spotkaliśmy 7 grupek zdecydowanie lepiej niż my przygotowanych turystów, ale co najważniejsze wspaniale się tędy szło. I cały czas wędrowaliśmy PO granicy, wzdłuż pachołków na których z jednej strony pisze P(Polska), a z drugiej S (Słowacja) 🙂

Macie jeszcze Diabla zdobywającego PIEŃ 😉

Oszałamiające było powietrze w tych górach. Jak szłam, czułam chłodny powiew, ale czułam się tak rześko, że mogłabym się rozebrać 🙂 i nie czułabym zimna. Podwinęłam rękawki, zdjęłam apaszkę bo chciałam, żeby jak najwięcej tych podmuchów chłonąć. Diabli coś brzęczał o łączących się synapsach w mózgu… To jest miejsce gdzie będę wracać! Ciągną nas właśnie te niepopularne szlaki, bez tłumów i pełne ciszy. Łaziły tam ślimaki w kosmicznych kolorach, było magicznie i wspaniale!

Same Bieszczady bardzo na plus! Ostatnie wspomnienie sprzed 5 lat to słabe zaplecze gastronomiczne i brak jednolitego folkloru. Ja rozumiem Łemków i cerkwie, ale po co ciupagi? Być może zresztą okolice Soliny nadal takie są… Natomiast te miejsca są warte odwiedzenia. Jedliśmy pyszną jagnięcinę, w knajpach serwują wybitne śniadania, gdzie nie tylko mleko jest podgrzane, ale podają też rewelacyjne wędliny i pyszną kawę. Są smażalnie pstrągów, gdzie całe rodziny najpierw łowią sobie rybę ze stawu, a potem Ci ją przyrządzają. Btw. ryb na dużych rozlewiskach Sanu łowią ryby stojąc w wodzie (niżej foto z auta).

Polecam! Chociaż niezwykle przydaje się dobry telefon, dzięki któremu szybko zlokalizujesz gdzie warto się przemieścić ;)) Jakby co 😉 Ach, pamiętajcie tylko wyłączyć roaming, bo z nieznanych mi przyczyn najsilniejsza tu sieć… ukraińska! 🙂